Zadziwiające retusze i fotomontaże sprzed ery Photoshopa!

Wokół nas jest tak wiele poprawionych, upiększonych i przefiltrowanych zdjęć, że prawdziwą sensacje stanowią okładki z celebrytkami, które zarzekają się, że ich portret nie został podrasowany w żadnym programie graficznym. Stąd jedni narzekają, że od upowszechnienia się Photoshopa prawdziwa fotografia umarła gdzieś pod stertą komputerowo ulepszonych fotek, drudzy – jak chociażby rząd Francji – starają się z tym walczyć, wprowadzając na przykład obowiązkowe oznaczenie retuszowanych zdjęć. Tymczasem niemalże od samego początku fotografii jej pasjonaci majstrowali przy swoich pracach! Często o tym zapominamy, a przecież takie ikonki narzędzi w Photoshopie nie wzięły się z kosmosu! Jak więc kiedyś fotoszopowano fotki?

Geneza ikon narzędzi z Photoshopa – screeny pochodzą z filmu „Before there was Photoshop – film photography”

 

Większość głosicieli upadku fotografii łączy jeden argument: że kiedyś to liczyła się umiejętność i technika fotografa, bo nie mógł liczyć na cudowne suwaczki w Photoshopie. Jak cyknął, tak było.

Bzdura.

Niegdysiejsi fotografowie mogli sobie na wiele pozwolić – i ok, żeby dobrze nakreślić Wam sytuację zaznaczę, że bardziej zaawansowane operacje (o których będzie dalej) opanowała wąska grupa osób, gdyż nie wszyscy mogli sobie finansowo pozwolić na eksperymenty w ciemni. Jednak część trików wcale nie była taka trudna: takie na przykład rozjaśnianie lub przyciemnianie fragmentu zdjęcia – czyli to, do czego służą powyższe narzędzia z Photoshopa – to po prostu zasłanianie na różne sposoby papieru światłoczułego. Miejsca, które były dłużej i bez „zakłóceń” naświetlane, po wywołaniu były jaśniejsze, zatem fotografowie mieli wpływ na końcowy efekt swojego dzieła.
Pomyślcie chwilę: ile razy chcieliście utrwalić jakiś ładny widoczek, ale cyknięte fotki nie oddawały w pełni magii tego wspaniałego miejsca, bo jak udało Wam się uchwycić zapierające dech w piersiach niebo, to ziemia była jakąś ciemną plamą? Przy drugim podejściu wcale nie wychodziło lepiej, bo tam gdzie na ziemi widać w końcu malownicze szczegóły, tak nieboskłon jaśnieje bielą niczym pranie z reklamy… Dawni pasjonaci fotografii mieli podobne problemy, więc po prostu robili w miarę uśrednione zdjęcie, rozjaśniając potem wyżej opisaną metodą wybrane miejsca, otrzymując w ten sposób fotkę idealną.

A to oszusty jedne.

Tymczasem takie manipulacje to nic, w porównaniu do podwójnej ekspozycji! Zanim jednak przejdziemy dalej, to wyjaśnię, że w czasach gdy fotografia dopiero raczkowała, ludzie traktowali sceny uchwycone przy pomocy aparatu jako absolutną prawdę. Możecie się śmiać, ale wiecie, żyjemy w czasach tabloidow, postprawdy i ogromnego rozwoju technologii, gdzie paroletni smartfon w porównaniu z najnowszym robi słabe zdjęcia. Nie dziwcie się więc, że kiedy ludzie ledwo załapali o co chodzi z tą całą fotografią, to nie ogarnęli od razu, że fotograf może robić sobie jaja (zwłaszcza, że my też łapiemy się na trollowanie). Tak było chociażby w przypadku zdjęć „duchów”.

Oczywiście do stworzenia takiej fotki nie potrzeba było żadnych nadprzyrodzonych mocy: wystarczyło posadzić jedną osobę i kazać jej siedzieć nieruchomo przez cały czas robienia zdjęcia, a drugą postawić tylko na chwilę, tak aby była tylko lekko widoczna po wywołaniu fotografii. Aby „duch” nie był rozmazany, przed jego wyjściem z kadru należało przysłonić na chwilę obiektyw (stąd też nazwa „podwójna ekspozycja”).
Efekt takiego zabiegu wzbudzał ogromne emocje, bo ludzie byli przekonani, że oto mają przed sobą niezbity dowód na istnienie duchów. Podobno wielu Amerykanów twierdziło, że na portrecie żony Abrahama Lincolna duch jej męża znalazł się tak naprawdę przypadkowo i nawet fakt, że fotografia była zrobiona za życia prezydenta nie miał jakiegoś szczególnego znaczenia.Gdy wstawiłam ostatnio na Artefaktowego Facebooka powyższe zdjęcie, kilka osób zapytało mnie jak Henri de Toulouse-Lautrec otrzymał taki efekt. Otóż muszę przyznać, że nie mam pojęcia! 😀 Ale spokojnie – mam swoje teorie!* Mogła być to podwójna ekspozycja – taka jak przy „duchach” z tymże oba ustawienia artysty były równie długo naświetlane. Henri mógł również podczas eksperymentów w ciemni połączyć dwa zdjęcia ze sobą. Brzmi skomplikowanie, ale nie takie cuda wyczyniali inni fotografowie: cięli negatywy lub podmalowywali je tworząc najróżniejsze efekty. Szczegóły takich operacji zależały od konkretnego twórcy, bowiem każdy z nich wypracowywał z czasem własne metody. Niemniej to są właśnie te trudniejsze działania o których wspominałam na początku wpisu.

Tego typu manipulacje zdjęć najbardziej docenili politycy, dostrzegając w tym ogromny potencjał propagandowy. Współpracownik stawał się niewygodny? Chcemy zrobić epickie zdjęcie przywódcy, ale obawiamy się, że może zlecieć z konia? Nie ma sprawy – mamy już od tego ludzi.

Z czasem fotomontaże stawały się coraz lepsze oraz powszechniejsze. I o ile w 1989 roku okładka TV Guide zmontowana z ciała Ann-Margret i głowy Oprah Winfrey wywołała skandal, tak dzisiaj po podobne rozwiązania sięgają już nie tylko wydawnictwa kolorowych magazynów, ale i osoby odpowiedzialne za wizerunek polityków.

Owszem, zdarza się, że czasem ktoś po oburzeniu się społeczeństwa pójdzie po rozum do głowy i przy okazji posypie ją popiołem – tak jak na przykład National Geographic po wpadce z 1982 roku. Przytulono wówczas do siebie piramidy, by lepiej prezentowały się na pionowej okładce, jednak nikt z redakcji nie spodziewał się, że wywoła to taką burzę. Czytelnicy jasno wyrazili swoje zdanie o tego typu poprawkach i od tego czasu magazyn zapewnia, że przykłada wszelkich starań, aby prezentowane zdjęcia odzwierciedlały rzeczywistość. Jednakże takie sytuacje to raczej wyjątek niż reguła.

Faktem jest, że niegdysiejsze skandaliczne manipulacje należą dzisiaj do codzienności milionów grafików, retuszerów oraz fotografów na świecie. Ci z kolei działają na zlecenie swoich szefów i klientów, którzy chcą wpasować się jak najlepiej w gusta klientów (chociaż są i tacy, co ufają wyłącznie własnym gustom), więc… tak to się kręci.
Kolejnym niezaprzeczalnym faktem jest ogrom możliwości jakie oferują nam programy graficzne. Nie będę tutaj zaprzeczać, że teraz jest łatwiej, szybciej, a jedyne czego takiemu Photoshopowi może brakować, to zakładki z efektem WOW, ale nie warto tworzyć sobie wyidealizowanego obrazu pierwszych fotografów, którzy tworzyli przepiękne zdjęcia bazując jedynie na umiejętności dobrego ustawienia aparatu. Oni też sobie gmerali przy pracach – w końcu każdy z nas lubi dobrze wyjść na fotce czy popatrzeć na przyjemne dla oka obrazy.

I nie próbujcie zaprzeczać!

*Niemniej gdyby ktoś z Was znał historię tej fotografii, to niech śmiało pisze! 🙂

Read more