Pan tu nie stał, czyli wrażenia po Bruegel: Once In A Lifetime

Było ekstra, ale jednak ciężko się pozbyć skojarzeń z głębokim PRL-em. Po wszystkim mam dla Was kilka praktycznych porad, ale poza tym to same, nieco wykluczające się emocje. No, ale co poradzić, taka właśnie jest ta wystawa. 

Po pierwsze: czas!

No, nie łatwo się dostać na tę wystawę. Nawet jak już zdobędziesz bilety, to jeszcze musisz dotrzeć pod muzeum we wskazanym czasie – i nie ma mowy o spóźnieniu! Na wejściówkach widnieje bowiem dokładna data i okienko czasowe podczas którego należy wejść na wystawę, dlatego dobrze zawczasu zaplanować sobie całą trasę do muzeum i upewnić się, że nic nam nie „wyskoczy” w ostatniej chwili. Ja na przykład od razu zapowiedziałam mojemu kochanemu małżowi, że dopóki nie znajdziemy się przed pierwszą pracą Bruegla na wystawie, to nie mam czegoś takiego jak poczucie humoru. Zebrał się z samego rana bez szemrania. 😀

Czyli na tym zdjęciu jeszcze nie miałam poczucia humoru. 

Tutaj widać, że mieliśmy 20 minut podczas których mogliśmy wejść na wystawę. 

Po drugie: twarde łokcie i jeszcze więcej czasu!

Pewnie słyszeliście, że wystawa cieszy się ogromnym powodzeniem, ale to co się dzieje w środku przechodzi ludzkie pojęcie. Po minięciu bramek przechodzi się przez piękne drzwi zabytkowego Kunsthistorisches Museum po czym… staje w kolejce. Bardzo powolnej kolejce, bo każdy chce przeczytać przygotowany przez kuratorów opis, przyjrzeć się grafikom genialnego artysty i prześledzić każdy ruch jego ręki. Tak mniej więcej do trzeciej ściany, bo najczęściej właśnie w tym momencie ludzie tracą już cierpliwość i na ostatnie grafiki rzucają tylko okiem po czym przechodzą do następnej sali, gdzie panuje istny chaos. Od tego momentu kolejka zamienia się w grupki ludzi łagodnie bujających się na boki niczym stadka pingwinów podczas mroźnej, arktycznej nocy. Nawet daleko wysunięte szyje się zgadzają! 😉 Największe stada gromadzą się oczywiście przy tych bardziej znanych obrazach, ale nawet i te mniej rozpoznawalne są szczelnie oblegane. Natomiast najgorzej jak traficie na wycieczkę – wtedy zapomnijcie o obejrzeniu eksponatu przy którym akurat stoją, albo wróćcie tam po jakimś (dłuuuższym) czasie.

A tutaj już odzyskałam poczucie humoru 

Natomiast mniej więcej w tym momencie mój małż stracił swoje poczucie humoru. Dziedzic zresztą też. 

Ja wiem, że głupio tak narzekać na tłok na wystawie o której się wie, że jest popularna. Idiotyczne jest wręcz zakładanie bloga o takiej tematyce, a następnie psioczenie, że było nie fajnie, bo za dużo ludzi. Ale kurczę, naprawdę bywałam na najróżniejszych wystawach, również takich przeładowanych przez zwiedzających, ale tym razem wyjątkowo ciężko było mi nacieszyć się całym wydarzeniem. Nawet nie wiem co Muzeum mogło zrobić, by to lepiej zorganizować – wpuszczać jeszcze mniej ludzi? Popędzać ich batem? Jakimś cudem wydłużyć czas trwania wystawy, pomimo tego, że i tak dokonali niemalże cudu gromadząc tyle prac Bruegla w jednym miejscu?

„Zabawy dziecięce” i zaraz obok „Walka postu z karnawałem” były jednymi z najbardziej obleganych prac podczas mojej wizyty

10 minut zajęło mi dotarcie przed oblicze „Zabaw…” – serio, aż celowo sprawdziłam na zegarku!

A co ciekawe przed tymi arcydziełami było bardzo mało ludzi

Po trzecie: i tak warto!

Co by jednak nie gadać, to obrazy Bruegla robią na żywo piorunujące wrażenie! Dotychczas wydawało mi się, że je uwielbiam, ale teraz czuję, że rozkochałam się w tych scenach na dobre! <3 Żadna reprodukcja nie odda tych wszystkich historyjek rozgrywających się na wiekowych deskach pokrytych farbą. Przysięgam, że te wszystkie rumiane buziuchny ożywają i wciągają w swój świat – nawet pomimo szturchających zwiedzających.

Poza tym można robić zdjęcia! Duuużo zdjęć! Ale uwaga: nie wszystkim pracom. Problem w tym, że informacja o tym znajduje się obok opisu obrazu, który widoczny jest dla jakichś trzech osób stojących centralnie przed nim, więc trzeba uważać. Co prawda przypadkowo cyknęłam taką zakazaną „Śmierć Marii” i nikt mnie za to nie pobił, ani nie skonfiskował aparatu, ba, nawet nie zwrócił uwagi, ale wiecie, że nie o to chodzi. Trzeba być fair i trzymać poziom.

Oprócz obrazów można było podziwiać historię ich badań… 

…albo dowiedzieć się więcej o samych rzeczach codziennego użytku rodem z XVI wieku! 

Świetnie zaaranżowana część wystawy!

Także pomimo wielu minusów nadal uważam, że była to naprawdę wyjątkowa wystawa, a plotki o jej wspaniałości wcale nie są przesadzone. Nie zmienia to faktu, że wzbudziła we mnie skrajne emocje: od zachwytu po kompletne wyczerpanie spowodowane przeciskaniem się pomiędzy ludźmi. Zresztą nagrałam swoje odczucia zaraz po wyjściu z wystawy, więc ciekawych odsyłam do wyróżnionych relacji na Artefaktowym Instagramie. 😉

Jestem zawiedziona wyglądem przewodników. Po wystawie tego pokroju oczekuję czegoś więcej niż zlepek kartek wyglądających jak kserówki – zwłaszcza, że sama strona wydarzenia prezentuje się świetnie (Zresztą zobaczcie sami – klik)!

Wyprawę na Bruegel: Once In A Lifetime należy dobrze zaplanować. Trzeba być punktualnym, a następnie przeznaczyć naprawdę sporo czasu by nacieszyć się każdym dziełem tego niderlandzkiego geniusza. No i mieć jakieś dobre ochraniacze na łokcie, takie z kolcami czy coś… tak czy siak naprawdę warto, bo taka okazja już się nie powtórzy. Nie dlatego, że na świecie nie znajdą się kolejni wariaci, którzy przekonają jeszcze więcej muzeów i prywatnych kolekcjonerów, by im też wypożyczyli dzieła Bruegla – tu chodzi o czas, którzy działa na niekorzyść obrazów. Artysta malował bowiem na deskach, których łączenia stają się coraz słabsze i byle szturchnięcie może spowodować ogromne zniszczenia, więc po wypadzie do Wiednia należy im się emerytura i bezpieczna przystań, a nie podróże. Czas działa również na Waszą niekorzyść – tę nieprawdopodobną monografię można oglądać jedynie do 13 stycznia! Spieszcie się, to zdążycie i będziecie mieli co wnukom opowiadać.

Read more