Niezła siara, czyli o początkach macierzyństwa w języku polskim

W końcu! Po ciągnących się w nieskończoność dziewięciu miesiącach zostałam mamą! Jestem teraz wielkim, chodzącym koktajlem radości, miłości i jednocześnie ogromnego lęku o tą maleńką kruszynkę. Myślę, że wszyscy rodzice znają ten stan, ale chyba tylko kobiety potwierdzą, że jeśli chodzi o początki macierzyństwa, to język polski nieszczególnie ma się czym popisać. Przykłady? A proszę bardzo!

Siara

To słowo, które jako pierwsze wywołało u mnie zgrzyt. Dla niezorientowanych w temacie: siara to pierwsze mleko jakie wydobywa się z maminej piersi, a jej rola w budowie odporności małego szkraba jest nie do przecenienia. Generalnie wszelkie superfood przy siarze wymiękają i są niczym kebs z podejrzanej przydworcowej budki. Dlaczego więc taka cudowna substancja została nazwana siarą?! Serio, kto to wymyślił? I czy da się to zmienić?

 
Bo weźmy taki weekend na przykład.
Podobno Polakom bardzo przeszkadza ten twór z Wysp Brytyjskich i już niejednokrotnie padały propozycje, by się narodowo umówić i zacząć go nazywać dwudzionkiem, zapiątkiem, wydechem lub wylotką. Nic z tego nie wyszło, bo i zaproponowane zamienniki brzmią po prostu idiotycznie, ale może byśmy się tak zgadali i zamiast ruszać dobrze funkcjonujące słowa, przeprojektowali te, które kobiety wymawiają z lekkim zażenowaniem? Takie chociażby…

Odchody

Poporodowe rzecz jasna. Bo kobieta co prawda ma miesiączkę, okres lub trudne dni, ale jeśli chodzi o poporodowe sprawy to ma odchody. Nie wiem kto to tak nazwał, ale musiał upaść na głowę. Ja rozumiem ideę: ciało wydala różne cuda, więc są to odchody, a że nie mówimy o dwójeczce, to dodajemy „poporodowe” żeby się nie myliło, no ale proszę Was… Może przesadzam, ale to określenie sprawia, że czuje się brudna. A nie lubię czuć się brudna, zwłaszcza będąc w połogu.

Tym bardziej, że w okołoporodowym słowniku istnieją całkiem zgrabnie nazwane rzeczy, chociażby taka smółka. Każdy, kto starał się wyczyścić z niej swojego szkrabika wie, że to nic prostego, a jednak oszczędzono jej koszmarnej nazwy. O ile łatwiej zmotywować męża do zmiany pieluchy mówiąc:

Przecież to tylko smółka, Kochanie. Poradzisz sobie.

Niż gdyby nazywała się – dajmy na to – smolisty stolec noworodkowy. No na bank wtedy każdy świeżo upieczony tatuś nie dałby się wciągnąć w żadne zmienianie pieluszki! I to dla bezpieczeństwa przez cały pierwszy miesiąc, żeby na pewno nie trafić na ten straszny i ciężko zmywalny smolisty stolec.

Albo takie ciemiączko i ciemieniucha. Pierwsze to wyjątkowe miejsce na główce twojego dzidziusia, a drugie to paskudztwo, które śmie się na niej panoszyć. Niegroźne, ale upierdliwe, czyli właśnie taka ciemieniucha wypisz – wymaluj. Szkoda, że twórcy tej nazwy nie byli przy tym jak tworzono „rumień toksyczny” – brzmi strasznie, a tymczasem to łagodna choroba na którą zapada koło 70% noworodków. Statystyk zawałów rodziców przy wydawaniu diagnozy nikt nie przeprowadził. 😉

– Kochanie, a co to za plamki u Stasia?
– Ah, nie martw się! To tylko toksyczny rumień. 

Oczywiście zrzucam się z tym narodowym umawianiem się na zmienianie słów, bo wiadomo, że to tak nie działa. Ale musicie przyznać, że odpowiednia nazwa potrafi zmienić nasze nastawienie, szkoda więc, że w tym wyjątkowym dla wielu kobiet okresie znajduje się tyle paskudnych słów.

Przesadzam?

Możliwe. Jednak będąc w szpitalu dzieliłam salę z fajnymi babeczkami, które podzielały moje odczucia, a ponieważ wszystkie w pewnym sensie przeżywałyśmy to samo, nasze rozmowy o samopoczuciu psuły takie odchody na przykład, więc coś musi być na rzeczy. 😉

Read more