GOOOL Islandii, czyli Głównie O Obyczajach Obcokrajowców Lekcja 7

Islandia to malutki kraj, który teoretycznie nie powinien mieć zbyt wiele szans przeciwko takiej futbolowej potędze jak Argentyna, a mimo to waleczność drużyny z dalekiej północy sprawia, że mnóstwo osób trzyma za nich kciuki i z uwagą śledzi mundialowe dokonania. Co sprawia, że ci potomkowie Wikingów budzą taką sympatię? Ciężko powiedzieć, ale poniższe fakty z pewnością pozwolą lepiej poznać ich mroźny świat. 

Od razu na ty

Ragnar Sigurðsson, Aron Gunnarsson, Birkir Sævarsson… no, trzeba przyznać, że nazwiska zawodników reprezentacji Islandii rzucają się w oczy. Łatwo można się domyślić, że to tzw. nazwiska patronimiczne, czyli tworzone na podstawie imienia ojca i oznaczają tyle co „syn Sigurda”, „syn Gunnara” czy „syn Sævarsa”. Sytuacja jednak komplikuje się w momencie, gdy taki Sigurðsson chce wyjechać na wakacje ze swoją żoną i dziećmi, bo oni już nie są synami Sigurda.
Dokładnie tak! Nawet jeżeli uzna się, że Sigurðsson to taki nasz Pawłowicz, to wcale nie oznacza, że na Islandii istnieje sobie cała rodzinka Sigurðssonów. Na tej odległej, europejskiej wyspie zachował się bowiem stary, skandynawski system nazwisk w którym w zasadzie każdy ma własne, pochodzące prosto od imienia rodzica nazwisko. I tak na przykład siostra pana Sigurðssona będzie się nazywała Sigurðdottir, czyli „córka Sigurda”. Istnieje również opcja nadania sobie nazwiska po imieniu matki – tą opcje wybierają najczęściej feministki bądź osoby, których tatuś jest wyjątkowym łajdakiem i trochę wstyd się do niego przyznać.
Dlatego też zdarza się, że służby celne w obcym państwie mogą podnieść alarm tuż po tym, gdy zobaczą, ze ta miła para z bobasem ma różne nazwiska – wtedy momentalnie zmieniają się w ich oczach na podejrzany-o-porwanie-dziecka kryminalny duet wymagający dokładnego sprawdzenia. Dlatego też aby uniknąć nieporozumień za granicą kobiety często przedstawiają się nazwiskiem męża lub ojca, co jest dla nich dość nieprzyjemne, gdyż w islandzkiej kulturze nie ma czegoś takiego jak zmiana nazwiska po ślubie – zmieniasz w końcu stan cywilny, a nie bieg historii! 😉

Asterix: Wielka Przeprawa oraz żarcik na temat Wikingów i ich imion 

Kolejną dziwną sytuacją z którą typowy Islandczyk musi się zmierzyć po opuszczeniu swej ojczyzny jest nazywanie go per Pan Sigurðsson. Dla niego to zwykłe określenie, a on sam funkcjonuje przecież jako Ragnar. Obcokrajowców często zdumiewa fakt, iż Islandczycy mówią sobie po imieniu – i nie ważne czy chodzi o panią z warzywniaka czy pana premiera – do wszystkich zwracają się od razu po imieniu. W związku z tym w takiej np. książce telefonicznej osoby uszeregowane są imionami, nie zaś nazwiskami.

Prawdziwy Moby Dick

Jeżeli kiedykolwiek wylądujecie w Reykjaviku, to jako kulturoholicy musicie po prostu odwiedzić to muzeum, gdyż zawiera najbogatszą na świecie kolekcję penisów! Eksponaty co prawda należą głównie do przedstawicieli islandzkiej fauny, ale znajdzie się tutaj też kilka egzotycznych egzemplarzy. Największe wrażenie robi członek płetwala błękitnego, który ma długość 170 cm (czyli większy np. ode mnie) i został okrzyknięty prawdziwym Moby Dickiem. W kolekcji znajduje się również penis islandzkiego elfa i wbrew pozorom wcale nie jest to puste naczynie z formaliną – nie zapominajcie, że te stworzenia są przecież niewidzialne! 😉

Zbyt wybitny malarz

Jednym z najbardziej uznanych islandzkich artystów jest Einar Hákonarson. Przyszedł na świat w 1945 roku i od samego początku miał styczność ze sztuką – jego ojciec próbował własnych sił w malarstwie, zaś wujkowie byli prawdziwymi kulturoholikami z krwi i kości, ale dość szybko okazało się, że to Einar pobije ich wszystkich na głowę. Był niezwykle utalentowanym chłopcem i już jako czternastolatek dostał się do Narodowej Akademii Sztuk Pięknych, wywołując tym samym niemałe kontrowersje. No bo jak tu dopuścić takiego małolata na zajęcia z gołymi modelami? Przecież mu to skrzywi psychikę, tak nie wypada i w ogóle to nie są rzeczy przeznaczone dla młodych oczu – niech sobie poogląda je na gotowych już obrazach. 😉 Ostatecznie więc stanęło na tym, że pozwolono Einarowi brać udział wyłącznie w tych zajęciach na których nie było żadnej golizny.
Ostatecznie Einar ukończył tę Akademię, a następnie kontynuował naukę w szwedzkim Göteborgu, gdzie natknął się na różne kierunki w sztuce współczesnej. Zasłynął jako ekspresjonista, a jego twórczość szybko została doceniona, natomiast on sam obsypany nagrodami – m.in. za serię prac o Auschwitz, którą stworzył poruszony tym co ujrzał podczas zwiedzania obozu w Oświęcimiu.

Jeden z najpopularniejszych islandzkich malarzy jest ekspresjonistą. zaś słynny kościół Hallgrímura (Hallgrímskirkja) reprezentuje ekspresjonizm w architekturze i przy okazji jest drugim co do wysokości budynkiem na wyspie

Wikingowie wiecznie żywi

Islandczycy są bardzo dumni ze swojego pochodzenia. Utrudniony kontakt z resztą kontynentu spowodował, że wiele rzeczy nie zmieniło się w tak dużym stopniu jak chociażby w Norwegii czy Szwecji. Weźmy na przykład ich język: współczesny Islandzki jest bardzo bliski językowi, którym posługiwali się Wikingowie i co więcej – Islandczycy bardzo dbają o to, by tak zostało, więc przykładowo zamiast posługiwać się wyrazem komputer stworzyli własne określenie tölva łącząc ze sobą słowa numer oraz wieszcz.

Księgarnia – typowe miejsce występowania gatunku Islandczyków 😉

Naród moli książkowych

Czytelnictwo ma się tutaj wyjątkowo dobrze. Chociaż Islandia jest naprawdę malutkim krajem, to importuje i tłumaczy najwięcej książek na świecie. Biją również rekordy w ilości księgarń na mieszkańca oraz samych publikacji, gdyż szacuje się, że ok. 10% procent populacji wyda książkę w trakcie swojego życia.
W języki islandzkim funkcjonuje nawet nazwa jólabókaflóð określająca dosłownie bożonarodzeniową powódź książek, która jest mocno związana z publikacją katalogu nowych tytułów mających pojawić się na rynku wydawanych przez Iceland Publisher’s Association.

Read more