GOOOL Australii, czyli Głównie O Obczajach Obcokrajowców Lekcja 3

Może się wydawać, że oprócz dokonań Aborygenów, to sama Australia nie ma się za bardzo czym pochwalić jeśli chodzi o sztukę, ale zapewniam Was, że jesteście w błędzie, chociaż faktycznie trzeba przyznać, że kwestia osadnictwa jest tutaj dość istotna. To wszystko jednak sprawia, że kultura tego odległego kraju jest bogata i pełna ciekawostek. 

Smakowity herb

Zazwyczaj w herbach państw można znaleźć orły, lwy, gryfy… no, generalnie dumne stworzenia, które kojarzą się z potęgą i władzą. Australia natomiast może pochwalić się obecnością kangura oraz emu. Brzmi to jak nieco rasistowski żart, ale nieprzypadkowo wybrano właśnie te zwierzęta – oba gatunki nie potrafią chodzić do tyłu, więc Australijczycy uznali, że stanowią piękny symbol odwagi oraz rozwoju i umieścili je na swym herbie.
Tym samym stali się bodajże jedynym państwem na świecie, który z symboli państwa uczynił sobie przekąskę. W Australii możesz sobie zjeść danie o nazwie Coat of Arms (ang. herb), które zawiera w sobie sałatkę oraz po kawałku mięsa emu i kangura.

Coat of Arms of Australia.svg
By SodacanPraca własna; Based on the painting at the National Archives of Australia — item barcode 98430, Domena publiczna, Link

9 na 5, czyli Impresjonizm Australijski

Wyjątkowe krajobrazy zachwycały przybywających do Australii Europejczyków, więc nic dziwnego, że wrażliwi na piękno artyści łapali pędzle i wyruszali ze sztalugami w plener. Wśród nich wyróżniała się grupa tworząca na wschodnich przedmieściach Melbourne, Heidelbergu, którą Sidney Dickinson, amerykański krytyk sztuki określił zaskakującym mianem Szkoły z Heidelbergu. Prace takich artystów jak Arthur Streeton, Walter Withers czy Tom Roberts wywarły ogromny wpływ na tamtejszą sztukę, a ich wystawa z 1889 roku pod tytułem 9 by 5 Impression Exhibition stała się prawdziwym kamieniem milowym w historii Australii.

Arthur Streeton, Złote lato, 1889 r.

Ale po kolei.
Szkołę z Heidelbergu określa się również jako impresjonizm australijski, chociaż nie jest on kalką z tego francuskiego. Owszem, tworzenie w plenerze czy szybkie i ekspresyjne nakładanie farby czerpało mocno z dokonań Renoira i jego kolegów, ale chodziło tu głównie o dobre uchwycenie barw oraz wyjątkowego momentu. A skoro o tym mowa, to australijscy impresjoniści używali bardziej naturalnej palety barw i przykładali więcej uwagi do kompozycji, a jak wiadomo ci paryscy przyprawiali krytyków o ból głowy fioletami w cieniach, zielenią na niebie oraz luźnym podejściem do zasad budowania kompozycji.
To wcale nie znaczy, że krytycy łaskawszym okiem patrzyli na Szkołę z Heidelbergu. Ich opinie po wspomnianej wcześniej wystawie 9 by 5 Impression Exhibition były mieszane, natomiast zwykli Australijczycy byli po prostu zachwyceni i chętnie sięgali do kieszeni w celu kupienia dzieła, które wyjątkowo przypadło im do gustu. Sprzedano w ten sposób wiele obrazów, które w większości namalowane zostały na drewnianych pokrywkach od pudełek po cygarach, mierzących zwykle 9 na 5 cali – stąd nazwa wystawy. 🙂 Te osobliwe podobrazia dostarczał Louis Abrahams, który wybłagał je od swoich krewnych zajmujących się handlem wyrobami tytoniowymi. Wystawa okazała się prawdziwym sukcesem, a Szkoła z Heidelbergu zapisała się w historii Australii jako pierwszy znaczący tam ruch artystyczny.

Arthur Streeton, W Templestowe, 1889 r.

Ballady z zarośli

Zanim przejdziemy do ballad, wyjaśnijmy sobie jeden termin – the bush to z języka angielskiego to bujne zarośla i jednocześnie określenie na niezagospodarowane i nieco dzikie tereny. W Australii jednak bush ma szczególne znaczenie, gdyż tym oto słowem określano nadzwyczajny krajobraz nowego kontynentu, który znacząco różnił się od Europejskiego. To jednak nie tylko jakiś pierwszy lepszy gąszcz roślin, ale również każdy teren znajdujący się poza większym miastem, w tym również rolniczy lub kopalniany.
Bush ballads to zatem iście australijskie utwory, które opowiadają o życiu pierwszych osadników. Oparte są co prawda na angielskiej i irlandzkiej muzyce, ale posiadają swój charakterystyczny sznyt – zresztą nie ma się co dziwić, skoro były tworzone przez ludzi, którzy trafili tutaj prosto z Wielkiej Brytanii. 😉 Ballady traktują najczęściej o trudach codzienności wyjętych spod prawa rzezimieszków, którzy trafiając na obcy kontynent muszą sobie teraz jakoś radzić (tzw. bushrangers), ale także o prostych ludziach, który starali się wieść tutaj uczciwe życie prowadząc gospodarstwa i hodując zwierzęta. Bush ballads mają swoje szczególne znaczenie w kulturze Australii, a ich twórcy stawiani są na równi z uznanymi poetami – taki np. Banjo Paterson, czyli Andrew Barton Paterson zdobi banknot 10$, a jego ballada Waltzing Matilda uważana jest za nieoficjalny hymn Australii. 😉

Buried alive. #underthebitumentheartist #mikeparr #darkmofo

Post udostępniony przez Daniel (@d____l.r__d)

Zakopany żywcem artysta

To akurat całkiem świeża sprawa. W czwartek Mike Parr, znany performer, został zakopany pod ulicą – czyżby w Australii nie przepadali za sztuką współczesną? A skąd! To kolejny performance artysty, który został zakopany na trzy dni pod Macquarie Street w tasmańskim Hobart. Przez ten czas ruch uliczny nad jego głową trwał w najlepsze, a sam artysta nie miał dostępu do wody ani jedzenia – jedyne co zabrał ze sobą do metalowej komory to narzędzia do szkicowania. W ten sposób Mike Parr chciał przypomnieć o brutalności angielskich kolonialistów względem lokalnej społeczności. Swój performance zatytułował Underneath the Bitumen the Artist i przeprowadził go przy okazji festiwalu Dark Mofo, który odbywa się corocznie w Hobart i skupia się na kulturze współczesnej oraz starożytnej.

Czarny trębacz

Gdybym miała podać kilka skojarzeń jakie wywołuje u mnie Australia, to z pewnością wskazałabym didgeridoo, gdyż szczególny dźwięk jaki wydaje ten instrument głęboko zapadł mi w pamięć. Można powiedzieć, że t taka aborygeńska trąbka (chociaż znawcy twierdzą, że to raczej aerofon), która powstaje przy pomocy natury – wykonuje się ją bowiem z pni drzew wyjedzonych od środka przez termity. Nie wiadomo dokładnie kiedy zaczęto je wytwarzać, ale szacuje się, że to jeden z najstarszych instrumentów dętych na świecie. Co ciekawe, ta egzotycznie brzmiąca nazwa wcale nie pochodzi z języka aborygenów. Nie jest również onomatopeją. 😉 Didgeridoo pochodzi od irlandzkiego wyrażenia Dudaire Dubh oznaczającego po prostu Czarnego Trębacza. Wśród Aborygenów nie ma jednego określenia na ten instrument – najczęściej określa się go jako yirdaki, magu, kanbi lub ihambilbilg.

Read more