A czy ty obchodzisz już swoje wydobyciny?

Zwykły wypad do sklepu oraz własne urodziny natchnęły mnie do stworzenia tego tekstu. Bo wiecie, w sumie to ja nie powinnam obchodzić urodzin, tylko wydobyciny, gdyż przed wielu laty przyszłam na świat przy dużej pomocy lekarza. Chcecie wiedzieć o co mi chodzi? Na pewno? No dobra, ale ostrzegam, że mowa tutaj o naprawę idiotycznym wymyśle internetowych mamusiek.

Pierwszy raz na wydobyciny natknęłam się na fejsie. Ktoś wrzucił fragmenty zażartej dyskusji z jakiejś grupy dla mam o tym, że kobiety, których dziecko przyszło na świat przez cesarskie cięcie nie mogą mówić, że je urodziły, bo przecież całą robotę odwalili za nie lekarze wydobywając im bobasa z brzucha. W związku z tym panie, które doświadczyły porodu naturalnego nie życzą sobie, by zrównywać je z tymi leniwymi babskami i określać ich wyczyny mianem urodzenia dziecka. O nie. To one urodziły dziecko, a tamte poszły na łatwiznę i kazały lekarzom wyciągać z siebie dzieciaka.

Serio.

No, ale wiadomo przecież, że internet pełen jest ludzi, którzy teorie plotą z własnych kompleksów i tego co im akurat ślina na język przyniosła, a nie z faktów czy racjonalnych argumentów. Wydawało się, że to kolejny wirtualny konflikt, który co prawda w chwili wybuchu angażuje mnóstwo osób, ale po kilku dniach już nikt nie pamięta o co chodziło. Chyba nawet wysłałam to znajomemu z dopiskiem „hehe, patrz jakie głupie”.

Z czasem jednak temat wydobycin wracał. Przy odwiedzinach znajomych, którym ponownie miała powiększyć się rodzinka, koleżanka pół-żartem, pół-serio wspomniała, że ona w zasadzie nie urodziła, tylko z niej wydobyto. Bo wiesz, hehe, tak to się podobno teraz mówi. Inna sytuacja: koleżanka opowiada o naszej wspólnej psiapsióle, świeżo upieczonej mamusi – również używa tego określenia. I tak jeszcze kilka razy te nieszczęsne wydobyciny namolnie do mnie wracały. Kilka dni temu znowu zaatakowały mocniejsze niż kiedykolwiek.

„I widzisz dziecinko, możesz być dumny, bo mamusia nie poszła na łatwiznę i cię urodziła”
lub „Matka myjąca śpiące dziecko” Mary Cassatt, 1880 r.

Otóż byłam w sklepie z bielizną – wbrew pozorom to całkiem istotny szczegół. 😀 Spotkałam tam przesympatyczną ekspedientkę, był mały ruch, ja miałam Dziedzica przy sobie, więc temat w końcu zszedł na tematy ciążowe. Gadka szmatka o tym co tam której się przytyło, rozciągnęło i zmieniło, po czym ta-daam! Wydobyciny powracają! Pani goniona jakimś niezrozumiałym dla mnie poczuciem winy zaczyna się tłumaczyć, że ona przecież to w zasadzie nie urodziła, ale z niej wydydobyto. No, bo tak to się teraz mówi, prawda? No niestety, najwyraźniej tak.

Stwierdzicie teraz pewnie, że przesadzam. Oesu, bo to już pożartować nie wolno.

Ależ proszę bardzo, żartujmy i śmiejmy się do upadłego, ale może się przy okazji nie samobiczujmy? Bo ja mam nieodparte wrażenie, że kwestia urodzin i wydobycin wymyka się z heheszków, powolutku przekradając się do codzienności. I z jednej strony ja rozumiem, że język stale ewoluuje – sama zwykle bronię każdej językowej nowinki, przełykając nawet uznanie słowa „swetr” za poprawne, ale no kurde zgody na wydobyciny nie będzie. Nie chodzi nawet to, że takie wyrażenie jest po prostu obrzydliwe. Nie podobają mi się okoliczności powstania tego określenia oraz uczucia jakie wzbudza. Bo kiedyś jedna pani postanowiła się dowartościować i nie mając w zanadrzu większych osiągnięć wymyśliła, że oto jest lepsza od znakomitej części kobiet, których dziewięć miesięcy oczekiwania zwieńczyło cesarskie cięcie. I to, co niektórzy potraktowali jako żarcik dla części kobiet stanowi pretekst do poczucia się lepszą, a inne wpędza w poczucie winy. Bo nie dały rady. Bo są gorsze.

„Nie martw się, kochanie. To, że poród mamusi skończył się cc, nie znaczy, że cię mniej kocha” 
znane również jako „Matka z dzieckiem” Mary Cassatt, 1900 r.

W głowie mi się nie mieści, że jedna matka może coś takiego wytykać drugiej. Babeczki drogie, przecież nikt inny nie zrozumie was jak druga matka! Nikt poza tą drugą matką nie zna gorzkiej strony osławionego stanu błogosławionego. Nie zna uroków porodówek. Nie pojmie tego lęku i każdorazowego ataku paniki o bobasa. Inni prędzej wyśmieją, że świrujesz o kolejną pierdołę, a potem koniecznie poczęstują kolejną złotą poradą, więc czemu u licha dopieprzacie sobie nawzajem?! Może jeszcze wymyślmy coś na te wygodnickie mamuśki, co to nie karmią piersią swoich pociech, tylko trują je mlekiem modyfikowanym?! Albo te, co dają słoiczki zamiast same ucierać warzywka i owocki. Paskudne babsztyle. Dzięki takim nowym podziałom będziemy mogły w końcu jasno określić, które z nas są tymi najznakomitszymi mamusiami. Uber matkami. Matkami nad matkami. I tyko one będą mogły rozstrzygać co jest dobre, a co złe.

Najgorzej, gdy ludzie wywyższają się tym, na co sami nie mają wpływu. Tak właśnie powstają skrajne nacjonalizmy, rasizmy i wydobyciny. I nie zaczynajcie mi tutaj z gadaniem, że to taka forma walki z takimi, co to od razu sobie życzą cesarki, a to przecież takie głupie i niezdrowe, bo co w takim razie powiecie o tych, które po wielogodzinnym porodzie naturalnym trafiły ostatecznie na stół zabiegowy? Albo tym, którym pępowina dziecka owinęła się wokół szyi? Serio, przestańmy być dla siebie takimi szujami. Przestańmy dowalać matkom, bo one mają dostatecznie przekichane, a jeśli zaś chodzi o heheszkowanie z madek, to spokojnie. Ich internetowych popisów nam nigdy nie zabraknie.

Do zilustrowania niniejszych teorii uplecionych z pewnego poczucia niesprawiedliwości oraz tego, co akurat ślina mi na język przyniosła wykorzystałam dzieła Mary Cassatt – impresjonistki, która jak nikt przedstawiała intymne sceny z życia mamuś z przełomu XIX i XX wieku, które pomimo upływu lat są dobrze znane tym współczesnym. Artystka w każdej swojej pracy doskonale uchwyciła wyjątkową więź między matką i dzieckiem. Czy to naprawdę tak istotne w jakich okolicznościach rodzi się to uczucie?

Read more