ART #07, czyli Artefaktowy Raport Tygodnia

Minęło zaledwie siedem dni, a takiej ilości informacji, które z miejsca powodowały wysyp memów i ognistych dyskusji internety dawno nie widziały. Tymczasem pomiędzy schodami donikąd, a krzywymi okładkami działy się rzeczy o których każdy kulturoholik powinien się dowiedzieć! Chodźcie, pogadamy sobie o zaginionym Klimcie w szafie i lewitującym wśród kwiatów Obamie. 😉

Dobry zwyczaj: nie pożyczaj, czyli wymarzona łapówka dla każdego miłośnika twórczości Klimta

W austriackim Linz odnalazł się właśnie szkic Gustava Klimta przedstawiający dwie leżące kobiety.  Ale zaraz, zaraz: sam się odnalazł?!
Dokładnie tak. 😀 Po tym jak zmarła była sekretarka dawnej Neue Galerie (dziś Lentos Art Museum) odczytano jej ostatnią wolę w której przyznała się, że od dawna trzymała w swojej szafie zaginiony szkic “Zwei Liegende” i teraz, gdy nie ma jej już wśród nas, chciałaby aby dzieło Klimta wróciło do muzeum.

Kobieta (której nazwiska nie ujawniono mediom) w swoim testamencie opisuje jak zauważyła nieprawidłowości w dokumentacji trzech prac Egona Schiele, które niezwłocznie postanowiła zgłosić swojemu szefowi. Ten z kolei zażądał od niej trzymania buzi na kłódkę i w ramach zachęty zaoferował szkic Gustava Klimta.
Żeby było śmieszniej, te trzy wspomniane dzieła Egona Schiele do dziś są uznawane za zaginione. Co więcej, akwarela “Junger Mann”, obraz olejny “Tote Stadt” i rysunek “Paar” Schielego oraz szkic „Zwei Liegende” Klimta należały do jednej osoby: artystki i kolekcjonerki sztuki Olgi Jäger, która jedynie wypożyczyła je galerii w Linz. Gdy po jej śmierci w 1965 roku spadkobiercy zwrócili się do Neue Galerie o zwrot tych czterech dzieł wyszło na jaw, że… wyparowały. 😉
Sprawa oczywiście została zgłoszona na policję, która nawet przesłuchiwała naszą bohaterkę, czyli byłą sekretarkę galerii, ta jednak utrzymywała, że nie ma pojęcia co mogło się stać z zaginionymi dziełami. Spadkobiercy wnieśli sprawę do sądu i w 2011 roku zapadł wyrok według którego miasto Linz miało zapłacić rodzinie Jäger 100.000 € za zgubienie rysunku „Paar”, natomiast w 2017 doszła jeszcze kara w wysokości 8,21 milionów €  za stratę pozostałych trzech prac.


A skoro muzeum odzyskało szkic, to musicie wiedzieć, że obecnie „Zwei Liegende” można oglądać na wystawie „1918 — Klimt – Moser – Schiele: Collected Beauties” w Lentos Art Museum zorganizowanej z okazji setnej rocznicy śmierci trójki artystów. 😀 Rodzina Jägerów złożyła natomiast wniosek do sądu o odzyskanie szkicu, zaś policja wznowiła dochodzenie mając nadzieje, że znajdzie prace ekspresjonisty.

Tytus, Smoleńsk i schody donikąd

Na warszawskim placu Piłsudskiego trwają przygotowania pod budowę pomnika ofiar tragedii w Smoleńsku, który według zapowiedzi ma być gotowy do 10 kwietnia. Na początku tygodnia gruchnęła jednak wiadomość, która jest spełnieniem najgorszych koszmarów dla każdego twórcy: projekt to plagiat!
Znaczy… nikt nikogo nie oskarża (z wyjątkiem mediów, które miały gorący temat na kilka dni, rzecz jasna. 😉 ), a wszystko zaczęło się od tego, że ktoś zauważył, że pomnik autorstwa Jerzego Kaliny jest podobny do schodów donikąd z XVIII księgi przygód Tytusa, Romka i A’Tomka. W tej części bohater Papcia Chmiela pragnie się uczłowieczyć, więc wyrusza poznać historię sztuki. Podczas tej jakże pouczającej podróży natyka się na wspomniane schody prowadzące donikąd, które jak twierdzi jedna z postaci – choć niepraktyczne, to są odkrywcze!


Całą sytuację można by potraktować jako zabawną anegdotkę, ale ponieważ chodzi o politykę oraz Smoleńsk, to nasze polskie piekiełko momentalnie zapłonęło. Bo wiecie, hehe, nawet bajkowy szympans wie, że takie schody nie mają sensu. Nie wiem skąd pomysł że pomnik powinien być praktyczny, ale jednak spora część społeczeństwa uznała pojedynczą stronę z komiksu za coś więcej niż śmieszny przypadek, a mianowicie za dowód na nieudolność partii rządzącej.
Dajmy sobie jednak spokój z politycznym przerzucaniem się błotem, a wróćmy do faktów. Warto bowiem odnotować, że sam autor komiksu, czyli Papcio Chmiel nie uważa, że został splagiatowany:  Autor pomnika zapewne czytał Tytusy, a jako architektowi, mógł mu się bezwiednie zakodować mój rysunek” – twierdzi niezbyt skromnie rysownik. 😉

Naród znawców mody, czyli awantura o okładkę Vogue’a

Historia z komiksowym plagiatem dość szybko została strącona z pierwszego miejsca internetowego shitstormu. We wtorek redakcja Vogue’a zdradziła bowiem jak będzie wyglądać okładka pierwszego polskiego wydania magazynu. Przyznam szczerze, że udostępniając (przez przypadek jako jedna z pierwszych) ten post, kompletnie nie nie spodziewałam się, że cała sprawa wywoła taki szum. Ot, kliknęłam, napisałam swoje trzy grosze i dalej zajęłam się pracą. 😉 Jakież było moje zdziwienie, gdy po jakiś dwóch godzinach weszłam do Internetów, które aż płonęły od zażartych dyskusji na temat polskiego wydania tzw. biblii mody.


„Krzywo”, „za szaro”, „wieje PRLem” oraz klasyczne już „sam robię lepsze” i „to nie mamy w Polsce zdolnych fotografów, trzeba z zagranicy brać” mieszało się z „polaki cebulaki się nie znajo, to jest high fashion” i muszę tutaj przyznać, że jestem z Was dumna, bo w naszych rozmowach na Artefaktowym FB został zachowany poziom i wzajemny szacunek do odmiennych opinii, a jak sami pewnie wiecie, nie jest to powszechne w Internetach. :*
Chociaż sama nie należę do osób jakoś szczególnie pasjonujących się światem mody, to jednak rozumiem, że dla wielu premiera polskiego wydania Vogue’a była wielkim wydarzeniem. Kompletnie nie kupuję natomiast oburzenia ludzi, którzy z modą nie mają nic wspólnego: nigdy nie trzymali w ręku wydania tego magazynu, ani nie wiedzą kto jest na okładce, ani tym bardziej kim jest autor zdjęć, natomiast z jakiś przyczyn uznali, że z ich zdaniem powinni się liczyć wszyscy fashioniści. Serio, tej okładce zaczęto w pewnym momencie dopisywać takie teorie, że głowa mała: ja skończyłam śledzić te wszystkie rewelacje, gdy wywęszono spisek pomiędzy redakcją a rządami PiSu, by wprowadzić w Polsce na nowo PRL, a niezbitym tego dowodem było aresztowanie Frasyniuka.
Mnie tam ta okładka dalej bardzo się podoba, ale wcale nie uważam, że uwagi internautów są dowodem na cebulactwo. Przeciwnie: cieszy mnie, że tyle rzeczowych uwag się pojawiło w komentarzach i jako społeczeństwo nie zachwycamy się czymś tylko dlatego, że ma to znaną metkę. Jest tylko różnica pomiędzy rzeczową dyskusją, a okładaniem się opiniami, ale wiem, że sami już to wiecie. 😉 Kończąc jednak ten temat, podrzucę Wam post od Vouge’a, który przypomni starą zasadę, którą znamy nie tylko z historii sztuki: to co dzisiaj jest dla nas nie do pomyślenia, z czasem przestaje szokować. 😉

Kontrowersje wokół lewitującego Baracka Obamy

Podczas gdy Polacy byli zajęci wymianą doświadczeń i spostrzeżeń z zakresu współczesnej fotografii modowej oraz opracowań edytorskich, po drugiej stronie globu amerykańskie społeczeństwo dyskutowało na temat historii malarstwa i tradycji oficjalnych portretów prezydenckich.
Na początku tygodnia miało bowiem miejsce odsłonięcie oficjalnych portretów Baracka i Michelle Obamy. Do stworzenia podobizn pary prezydenckiej po raz pierwszy zaproszono ciemnoskórych artystów: Kehinde Wiley i Amy Sherald, więc już możecie sobie wyobrazić czego dotyczyły niektóre zarzuty przeciwników nowych portretów. 😉 Ale tak naprawdę kontrowersje wokół całej sprawy zaczęły się jeszcze zanim nastąpiła oficjalna prezentacja dzieł malarzy.

Chodzi o wybór artysty jaki dokonał Barack Obama. Kehinde Wiley znany jest z łączenia realistycznych przedstawień afroamerykańskiej społeczności z elementami i motywami charakterystycznymi dla malarstwa renesansowego czy barokowego – niektóre z nich pokazywałam Wam zresztą kiedyś na Artefaktowym facebooku. Problem w tym, że Wiley stworzył niegdyś własną, mocno kontrowersyjną wariację na temat Judyty i Holofernesa, gdzie w roli bohaterskiej obrończyni Betulii umieścił ciemnoskórą piękność, zaś głowę asyryjskiego wodza zamienił na szczątki białej kobiety. Od tego czasu wiele osób zarzucało mu rasizm, co media chętnie wyciągnęły przy okazji prezentacji portretów Obamów.

Poza tym umówmy się: zaprezentowane portrety zdecydowanie wyróżniają się na tle obrazów przedstawiających poprzedników Obamy, więc to naturalne, że budzą mnóstwo skrajnych odczuć. Były prezydent zawieszony jest w zielonym gąszczu, co wygląda nieco abstrakcyjnie i powoduje niepokojące uczucia wśród widzów (nic dziwnego – realistyczna postać w zestawieniu z płaską plątaniną pozbawioną chociażby podłoża daje niezłego mindfucka), zaś poprzednia pierwsza dama wydaje się zszarzała i… kompletne do siebie niepodobna.
Osoby zdegustowane pracami afroamerykańskich artystów natychmiast przystąpiły do walki na memy i wyzwiska z tymi, którym te portrety się podobają – i w sumie chciałam Wam skrócić całą tą dyskusję, ale szczerze mówiąc w większości opiera się ona na politycznej pyskówce pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami Obamy i Trumpa, a to niewiele ma wspólnego ze sztuką.

Różowiutki samobój w klimatach Disneya, czyli Aborcyjny Dream Team

Kończąc siódme wydanie ARTu chciałabym zwrócić uwagę na kwestię jeszcze jednej okładki. Bo wiecie, tę Vogue’a z miejsca uznano za kontrowersyjną przypisując wizji Juergena Tellera mnóstwo ukrytych i niecnych zamiarów, ale moim zdaniem to redakcja Wysokich Obcasów pobiła tutaj wszelkie rekordy. I to te negatywne.


Serio, wszystkie dotychczasowe starania zwolenników zaostrzenia prawa do aborcji mające na celu ośmieszenie kobiet sprzeciwiających się ich pomysłom nie dały takiego rezultatu jak ta okładka. Niezależnie czy zależy nam na liberalizacji tego prawa, czy na zachowaniu istniejącego kompromisu: możemy sobie gadać, że głupie nie jesteśmy i to wcale nie jest tak, że marzy nam się możliwość skrobanki na zamówienie zamiast ogarniania tej całej antykoncepcji, ale jak w środek debaty wjeżdża Aborcyjny Dream Team na różowym kucyku, to nasze deklaracje tracą na powadze. Drogie Wysokie Obcasy, sprowadzenie tej dyskusji do poziomu OK/NIE OK nie jest OK. Z akcjami tego pokroju możecie promować sobie prezerwatywy i bezpieczny seks, a nie przybliżać poważne dane i wiadomości, które – zgadza się, powinny być szerzej znane, ale może z poszanowaniem dla powagi całej sytuacji? Bronicie się, że aborcja OK, bo daje wybór i nie każda kobieta przeżywa po niej traumę – tylko czy to powód do przyjmowania takiej wesolutkiej postawy?
Wasza nieszczęsna okładka pokazuje, że w kontrowersje i prowokacje to trzeba umieć, bo inaczej wyrządza się więcej szkody, niż pożytku. Złotą poradę „nie ważne jak, ważne żeby mówili i nazwy nie przekręcali” naprawdę lepiej zostawić domorosłym marketingowcom lubującym się w bannerach miejscowych wulkanizacji z obleśnie dwuznacznymi hasełkami promocyjnymi.

Read more