ART #05, czyli Artefaktowy Raport Tygodnia

Zniszczenie starożytnej świątyni Ain Dara, zamknięcie Digarta i kontrowersje wokół Invadera oraz prerafaelitów – mijający tydzień zdecydowanie nie należał do zbyt udanych, ale na szczęście Rembrandt ratuje nieco sytuację, a ja z przyjemnością skrócę Wam o co chodzi. Chodźcie dalej, mamy trochę do obgadania! 🙂

1 Najgorszy możliwy koniec dla starożytnego zabytku

W ostatnim ataku na Arfin – miasto należące do Kurdów – tureckie siły powietrzne zabiły 55 cywili oraz zniszczyły starożytną hetycką świątynię Ain Dara. Niektóre źródła szacują zniszczenia na 50%, inne na 60%, jednak umówmy się: straty są znaczące i kilka procent w tą czy tamtą niewiele zmieniają.  Zresztą zobaczcie sami:

Dla niewtajemniczonych świątynia Ain Dara mogła wydawać się dotąd startą starych kamieni, ale prawda jest taka, że rozpalała wyobraźnię zarówno badaczy jak i miłośników niewyjaśnionych zagadek historii. A to dlatego, że wśród dobrze zachowanych (do niedawna), sfinksów czy gigantycznych bazaltowych posągów lwów znajdowały się trzy ogromne ślady stóp symbolizujące boską obecność w świątyni. Te rzeźbione odciski były prawdziwie unikatowym zabytkiem wpasowującym się w legendy i podania o gigantach kroczących podobno kiedyś po naszej ziemi. Ponadto świątynia Ain Dara stanowiła dla badaczy źródło wiedzy o tym jak mogła wyglądać świątynia Salomona.

No właśnie. Stanowiła.

Niemniej Turcja, która oficjalnie potępia niszczenie zabytków oraz kulturalnego dorobku każdej nacji stanowczo zaprzecza, żeby miała cokolwiek wspólnego z nalotem.

2. *Rewelacja* Zapraszam do mnie!

Chociaż Onet już od pewnego czasu zapowiadał zamknięcie serwisu Digart.pl, to jego agonia trochę się przeciągnęła. Początkowo Digart miał przejść do historii razem z 2017 rokiem, ale ostatecznie egzekucję odsunięto o miesiąc i tak z dniem 31 stycznia zakończyła się w polskich internetach pewna epoka. I piszę to bez cienia złośliwości, bo chociaż nigdy nie przepadałam za tym serwisem, to uważam, że był istotnym punktem na mapie dla polskich twórców.


Wiele osób wytykało Digartowi kompletny brak rozwoju i specyficzne grono moderatorów, które nie było zbyt otwarte na nowych użytkowników, z kolei jednak sporo ludzi narzekało, że serwis po przejęciu przez Onet został zalany przez prace marnej jakości pochodzące właśnie od tych „nowych”. Jak było naprawdę – nie wiem, bo zwyczajnie nie korzystałam z tego serwisu. 😉 Niemniej gdy pojawiły się pierwsze informacje o jego planowanym zamknięciu, postanowiłam sobie podejrzeć jak obecnie prezentuje się serwis i… powiem Wam jedno – do tej pory myślałam, że te wszystkie zarzuty o braku rozwoju są nieco przesadzone, jednak gdy strona ukazała się na moim monitorze, to miałam nieodparte wrażenie, że przeniosłam się w czasie do czasów z przełomu gimnazjum i licem. A to było dawno temu.
Z przykrością więc stwierdzam, że rozumiem decyzję Onetu. Serio, skostniały internetowy dinozaur nie jest alternatywą dla twórczej społeczności. I żeby nie było, że hejtuję – podobno najwierniejsi użytkownicy Digartu dyskutują o wskrzeszeniu serwisu (z dala od Onetu), ale nawet oni zdają sobie sprawę z potrzeby zmian. Trzymam kciuki – może na zgliszczach tego dinozaura powstanie coś ekstra?

3. Gdzie leżą granice street artu?

Invader to jeden z najpopularniejszych twórców street artu, a jego mozaiki inspirowane pierwszymi grami zręcznościowymi można znaleźć na całym świecie. Sama miałam przyjemność natknąć się na kilka z nich i za każdym razem wiązało się to z wielką radochą (i nieco zwierzęcymi okrzykami), bo zawsze były to zupełnie przypadkowe znaleziska. Ot, podczas spacerków na niczym nie wyróżniających się kamienicach czy murach w większych miastach nagle wyłaniała się charakterystyczna mozaika. Problem w tym, że ostatnio Invader „najechał” swoimi pracami klasztor w Bhutanie, co oburzyło wielu ludzi – w tym również jego oddanych fanów.

Jedna z upolowanych przeze mnie mozaik Invadera. Paryż, okolice opery Garnier. 2015 A.D.

Według legend przez cztery miesiące medytował tutaj Padmasambava, który przyczynił się do popularyzacji w VII w. buddyzmu w Bhutanie. Naturalnie więc tutejszy klasztor Taktsang zwany Tygrysim Gniazdem jest dla wielu osób szczególnym miejscem. Część z nich twierdzi, że harmonia jaka roztacza się w okolicy została naruszona przez mozaiki Invadera, który powinien darować sobie znaczenie zabytkowych i ważnych dla ludzi innych kultur budynków.

Sam artysta początkowo nie przejmował się krytyką i rzucił jedynie, że dostał od mnichów „błogosławieństwo” do działania, jednak po tym, jak kontrowersje zaczęły rosnąć, a dyskusje pod Instagramowymi zdjęciami zaogniać, asystentka artysty poinformowała, że sam Cheri Goemba, czyli główny mnich Tygrysiego Gniazda zaprosił Invadera do pracy pozwalając wybierać miejsca dla mozaiek spośród kilku lokacji.

Mastermind

Post udostępniony przez Invader (@invaderwashere)

4. Nie podoba nam się jakiś aspekt historii? Zmieńmy ją!

A co! Kto by się tam przejmował?

No na przykład ja. Serio, gdy przeczytałam, że Manchester Art Gallery usunął obraz „Hylas i nimfy” pędzla Johna Williama Waterhouse’a ze ścian swojej galerii oraz gadżety z jego reprodukcją z muzealnego sklepiku to złapałam się za głowę. I też się zaraz złapiecie, jak Wam powiem o co chodzi.

Otóż prowodyrką całego zajścia jest Sonia Boyce, a usunięcie obrazu to część jej nowej pracy w której skupia się na problematyce płci w kulturze i sztuce XIX wieku. Muzeum przyklasnęło artystce i przyznało, że faktycznie „Hylas i nimfy” w obraźliwy sposób ukazują kobiety, podobnie jak większość dzieł prezentowanych w galerii. Piękne oraz często nagie kobiety występują bowiem tutaj albo jako femme fatale, albo jako bezsilne formy dekoracyjne. Co więcej, Clare Gannaway – kuratorka Manchester Art Gallery – przyznała, że od dawna zawstydzały ją dzieła, które prezentowało muzeum, a dyskusje wokół #MeToo tylko przyspieszyły proces zmian w MAG. I chociaż od razu zaznaczyła, że obraz Waterhouse’a ostatecznie powróci na ściany galerii, to z pewnością w innym kontekście.

Tymczasem w miejscu obrazu Sonia Boyce umieściła kartkę zawierającą te same informacje, które przekazałam Wam wyżej oraz zachęciła odwiedzających do dyskusji o tym co by tu zrobić, żeby nie przedstawiać już kobiet w takim kontekście oraz zakwestionować wiktoriańskie wymysły (cokolwiek to znaczy). Swoje opinie można było zostawiać na samoprzylepnych karteczkach. Oryginalnie, nie ma co.

Inicjatywa Sonii Boyce i MAG… no, nie spotkała się z przychylnymi opiniami. Na zaproszenie do tejże dyskusji odpowiedzieli miłośnicy sztuki z całego świata, a najbardziej niezadowoleni okazali się turyści z dalekich stron, którzy zamiast słynnego obrazu stanowiącego klejnot w koronie muzeum, natknęli się na liche karteczki. Zachęcam Was do prześledzenia tych opinii w wolnej chwili (są pod linkiem do źródła lub na Twitterze – wystarczy kliknąć w dowolny odnośnik powyżej), bo wiele z nich jest naprawdę interesujących. Chociażby taka propozycja:

Koniec końców obraz wrócił na miejsce po kilku dniach, a Muzeum wydało oświadczenie, że taki mieli plan od samego początku. 😉 Zniknięcie było częścią projektu Sonii Boyce, która nie pierwszy raz wmanewrowuje odbiorców w sytuacje wywołujące zażarte dyskusje, a skala tej, która rozpętała się po zdjęciu dzieła Johna Williama Waterhouse’a zaskoczyła wszystkich. Boyce i MAG są dumni z siebie, że wywołali tyle kontrowersji, a ja nie mogę się pozbyć wrażenia, że cała akcja przypomina nieszczęsną kampanię Reserved z zeszłego roku, gdzie piękna dziewczyna zza granicy prosi o pomoc internautów w odnalezieniu Wojtka. Kolejna instytucja, która krzyczy „Wilk!”, a ja mam już tego szczerze dosyć.

Zwłaszcza, że pomimo niezaprzeczalnie interesujących co poniektórych opinii i szansy na wykorzystanie dawnych arcydzieł w walce o lepsze jutro, to z pewnym lękiem podchodzę do pomysłu zmiany kontekstu wybranych wydarzeń historycznych prezentowanych w muzeach XXI wieku. Nie wiem co dokładnie planuje MAG: z jednej strony to świetnie, że chce coś zmienić. Byłabym hipokrytką, jeżeli wyżej zarzucałabym Digartowi skostnienie, a chwilę później utyskiwała na chęć spróbowania czegoś nowego przez kulturalną placówkę. Martwię się jednak, czy nie odbędzie się to kosztem prawdy historycznej, bo wiecie – co innego przygotować wystawę, na której zestawienie znanych dzieł z historii sztuki ze współczesnymi elementami da nam do myślenia, że może aż tak dużo nie osiągnęliśmy od tego XIX wieku jeśli chodzi o to jak przedstawia się kobiety. Ale jeżeli rozmawiamy o kompletnej zmianie postrzegania np. sztuki prerafaelitów na zasadzie: tym zboczonym chamom chodziło tylko o cycki i od zawsze mnie to raniło, ale nigdy wcześniej nie odważyłam się o tym mówić, bo wszyscy się nimi zachwycali, to jednak sugerowałabym zatrzymać ten pociąg i poważnie zastanowić się nad tym czy my umiemy w historię.

Czy kadr z reklamy perfum Paco Rabanne Invictus różni się tak naprawdę jakoś bardzo od wiktoriańskiego obrazu z XIX wieku?

Bo ocena historii przez pryzmat współczesności nie jest dobrym pomysłem. To świetnie, że żyjemy w czasach, gdy kobiety tworzą sztukę na równi z mężczyznami, są kuratorkami muzeum, a akcje typu #MeToo poruszają niewygodne kwestie, które ostatecznie przepracujemy jako społeczeństwo, dzięki czemu wierzę, że ostatecznie wyjdziemy z tego lepsi. I jasne, że chociaż jest dobrze, to jeszcze mamy wiele do zrobienia.

Ale kiedyś było dużo gorzej. I nie, nie podoba mi się, że przez wieki kobiety miały po prostu przesrane. Powiem więcej: szlag mnie trafia za każdym razem, kiedy jakiś kuc z pewną siebie wyższością twierdzi, że nie zna jakoś dużo ważnych kobiecych postaci historycznych (zwłaszcza w sztuce). Niby wiem, że to wynika jedynie z jego ignorancji i umysłowego lenistwa, ale jednak mnie to wkurza. Zawsze.

Bo pomimo wielu niewyobrażalnych przeciwności losu, mnóstwo kobiet fascynujących zapisało się na kartach historii! Problem polega jednak na tym, że zamiast mówić o nich dużo, często i ciekawie oraz prezentować ich dokonania obok prac uznanych męskich twórców, to rozkręca się kolejne gównoburze, które niewiele wnoszą.

Historia się już wydarzyła i nie ważne jak mocno będziemy tupać na nią nóżką, to ona się nie zmieni. Możemy natomiast ukazać ją w całej rozciągłości i z uwzględnieniem ówczesnych okoliczności, dzięki czemu lepiej zrozumiemy nie tylko nią samą, ale i nasze czasy, przez co będziemy mogli świadomie wykorzystać ją do takich celów o jakich wspominałam na początku swojego wzniosłego wywodu, czyli np. ukazania, że traktujemy kobiece ciało jako ładną ozdobę. Możemy też iść na skróty i ukazywać historię wyłącznie z pasujących nam akurat perspektyw, bez refleksji o tym co kierowało ludźmi i z czym musieli się mierzyć w dawnych czasach. Tylko czy na dłuższą metę to przyniesie cokolwiek dobrego?

 

5. Nowe cuda Rembrandta pod Paryżem

W Musée Condé w podparyskim Chantilly wystawiono właśnie 21 niepokazywanych wcześniej publicznie prac Rembrandta! To naprawdę niesamowite, bo prawie co tydzień informuję Was o jakiś niepublikowanych wcześniej dziełach znanych artystów! 😀

Tym razem chodzi o doskonale zachowane akwaforty Rembrandta na które latami „polował” Henryk Orleański, książę d’Aumele. To dość zabawna historia, bo książę początkowo miał chrapkę na autoportret holenderskiego mistrza, jednak sprzed nosa sprzątnęła mu go londyńska National Gallery. Rozochocony Henryk rozpoczął poszukiwania grafik Rembrandta po całej europie i po wielu latach zgromadził to, co obecnie możemy oglądać w Muzeum Kondeuszów, czyli wspomnianym Musée Condé. 🙂

Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę wyjść ze zdumienia ile takich niepokazywanych wcześniej perełek prezentują ostatnio różne muzea i galerie.

Read more