ART #04, czyli Artefaktowy Raport Tygodnia

Drogocenny wpis Juliusza Słowackiego do Złotych Myśli przyjaciółki, Michelangelo odwiedzający wystawę Michała Anioła w nowojorskim MET i milionowa nagroda za obcięcie głowy aktorce – to tylko kilka z wydarzeń mijającego tygodnia. 2018 się rozkręca i aż nie mogę się doczekać co przyniosą kolejne miesiące. Tymczasem koniecznie zobaczcie co jeszcze odjaniepawliło się pod koniec stycznia. 🙂 Aha – pod koniec czeka na Was mały apel. Będę wdzięczna za pomoc! 

  1. Na Artefaktach już nie raz informowałam Was o odnalezionym płótnie lub szkicu znanego artysty, jednak tym razem opowiem jak w mijającym tygodniu udało się ocalić od zapomnienia nie obraz, a słowa – i to samego Juliusza Słowackiego!
    Bibliotece Narodowej udało się zdobyć w całości wiersz Le Cimetiére Pere-Lachaise – najprawdopodobniej jeden z dwóch, które Słowacki napisał po francusku. Dotychczas nie znaliśmy nawet jego tytułu, bo zachował się wyłącznie fragment spisany przez kopistę z listów pisarza do matki. Teraz nie dosyć, że poznaliśmy całą treść dzieła, to jeszcze możemy podziwiać jego oryginalny rękopis znajdujący się w drogocennym sztambuchu obok wpisów innych twórców epoki romantyzmu.

    OK, tylko co to ten sztambuch i czemu inni artyści też zostawili w nim pamiątkę po sobie?

    Sztambuch to trochę takie Złote Myśli, które możecie kojarzyć z dzieciństwa. Pamiętacie? 😀 Dawało się taki opasły zeszyt znajomym z klasy, kolonii czy zajęć dodatkowych, by ci mogli się wpisać nam na pamiątkę. Każdy starał się swoją kopertę z odpowiedziami ozdobić najlepiej jak potrafił, dodając tu i ówdzie jakieś sentencje, rysunki czy fotki powycinane z gazet, prawda? No to teraz sobie wyobraźcie, że to nie jest wymysł dzieciaków z lat 80 czy 90, ale popularna od XVI wieku praktyka wśród studentów. Tylko w ich przypadku nazywa się to sztambuchem do którego wpisywano się najczęściej przy okazji pożegnań.
    No bo pomyślcie: zanim pojawiły się telefony i messengery, to kończąc studia ludzie żegnali się ze swoimi kumplami na naprawdę długo. Najczęściej wręcz na zawsze, więc żeby mieć jakąś pamiątkę, proszono o wpis do sztambucha. I nie ważne czy jest to XVI czy XX wiek – każdy starał się wpisać jak najładniej. O wpis proszono też innych: na przykład wykładowców lub wysoko postawione osobistości, co mogło potem pomóc właścicielowi sztambucha w dalszej edukacji lub pracy.

    I właśnie odnaleziony wiersz to nic innego jak wpis Juliusza Słowackiego do takich dawnych Złotych Myśli Kory Pinard – przyjaciółki pisarza i przy okazji córki paryskiego drukarza u którego nasz polski wieszcz wydał dwa pierwsze tomy poezji. Zresztą sam jej podarował ów sztambuch, dziwiąc się potem, że nad Sekwaną nie daje się ich do wpisania bliskim, a raczej zbiera się dedykacje od uznanych artystów. Słowacki poproszony więc przez młodziutką Korę (z którą nawiasem mówiąc podobno flirtował) o wpis, szarpnął się na 48 wersową opowieść o Paryżu widzianym z perspektywy przybysza z Polski. Powstałe dzieło musiało być dla niego naprawdę wyjątkowe, bo nie zdecydował się na umieszczenie go w żadnym powstałym potem tomie poezji. Treść wiersza zamieścił jednak w liście do matki – stąd w ogóle wiemy o jego istnieniu – jednak jak pisałam wyżej: pierwsze wersy gdzieś zaginęły i dopiero odnalezienie sztambucha Kory Pinard pozwoliło na poznanie całego wpisu. Le Cimetiére Pere-Lachaise musi być nadzwyczajny, biorąc pod uwagę, że znany dotychczas fragment tak zaciekawił samego Leopolda Staffa, że ten postanowił go przetłumaczyć.

  2. Skoro jesteśmy już przy Paryżu, to warto wspomnieć, że stolica Francji zmaga się właśnie z Sekwaną, która po raz kolejny postanowiła poszerzyć nieco swoje brzegi. W związku z tym ewakuowano dział sztuki Islamu w Luwrze, gdyż leży on w podziemiach muzeum, ale zarządcy trzymają rękę na pulsie, gotowi przenosić kolejne dzieła.
    Podobno na razie nie ma się co martwić, bo Luwr i d’Orsay mają świetnie opracowany plan kryzysowy (a przynajmniej tak twierdzą), który zresztą mogli przetestować w 2016 roku, kiedy również wylała Sekwana. Do żadnych poważnych zniszczeń w muzeach wówczas nie doszło, jednak kolejna kryzysowa sytuacja w tak krótkim czasie karze się zastanawiać, czy to nie efekt zmiany klimatu i w związku z czym nie należałoby wprowadzić jakiś zmian zabezpieczających stolicę oraz pozostałe miasta przed żywiołem. Na razie jednak dziś – tj. w niedzielę 28 stycznia – planowane jest ponowne otwarcie ekspozycji.
  3. Powiadają, że gdy woda sięga kolan postaci żuawia z mostu Pont de l’Alma, to sytuacja jest już bardzo zła.

  4. Podczas gdy jedno muzeum nerwowo spogląda w stronę rzeki, drugie postanawia w niecodzienny sposób zachęcić nastolatków do odwiedzin i na wystawę Michała Anioła zaprasza samego Michelangelo! Tylko… tego zielonego. 😉


    W czwartek nowojorskie MET poinformowało na swoich kanałach w social mediach, że wystawę Michał Anioł: Boski rysownik i projektant odwiedził jeden z Wojowniczych Żółwi Ninja. Akcja miała na celu wspomniane zachęcenie młodszych odbiorców do odwiedzenia ekspozycji, która szczerze powiedziawszy nie potrzebuje jakiejś szczególnej promocji, bo cieszy się ogromną popularnością – podobno dziennie odwiedza ją ok. 7 tysięcy zwiedzających, co już teraz zapewnia jej miejsce w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych wystaw w Metropolitan Museum of Art.
    Niemniej uważam, że to jedna z najoryginalniejszych akcji tego typu o jakiej słyszałam. 😀 Nie wiem czyj umysł wpadł na ten szalony pomysł, ale należy się temu człowiekowi jakaś dobra pizza!
  5. Nie wszyscy podzielają zachwyty nad żółwiową akcją MET i jak to w Internecie często bywa: najbardziej widać tych, którzy dają upust swojemu niezadowoleniu w sposób nie merytoryczny, emocjonalny i często po prostu chamski. No cóż, haters gonna hate i nic z tym nie zrobimy.Ale czy na pewno?
    Okazuje się jednak, że z niezrozumiałej dla niesfrustrowanego człowieka potrzeby hejtera do wylewnego okazywania swojego niezadowolenia można stworzyć coś dobrego! Jakub Cikała, wykładowca ASP w Katowicach razem z firmą z firmą Netizens skonstruował robota „napędzanego” durnymi komentarzami na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Maszyna stworzyła niepowtarzalne dzieło, które teraz zostało wystawione na aukcje Allegro Charytatywni, a dochód z jego sprzedaży zasili konto fundacji WOŚP.
  6. Zło dobrem zwyciężaj, czyli efekt pracy robota napędzanego hejtem 

  7. Do przeczytania niepochlebnych komentarzy zaproszono beneficjentów Orkiestry, czyli ludzi, którym zakupiony w poprzednich edycjach sprzęt uratował życie oraz tych, którzy na co dzień z nim pracują. Komcie zostały zebrane przy pomocy firmy Brand24 zajmującej się monitoringiem treści w Internecie. Robot „słuchał” fantazji hejterów i za pomocą algorytmu stworzonego przez Cikałę, zmieniał słowa w czyn, dopasowując kolory i ruch pędzla do emocji, jakie słowa hejterów wywoływały w czytających.
    Efektem pracy jest akrylowy obraz w formacie 200cm x 200cm, który następnie został podzielony na pół: jedną z jego części możecie wylicytować tutaj, zaś druga trafi jutro na akcję crowdfundingową w serwisie www.pomagam.pl
    Szach-mat, hejterzy!
  8. W mijającym tygodniu dotarła do nas znakomita wiadomość zza oceanu: polsko-angielski film Twój Vincent został dominowany do Oscara w kategorii Najlepszy długometrażowy film animowany! Wpis z tą informacją momentalnie stał się najpopularniejszym postem w historii Artefaktów, chociaż większość z Was zgadza się ze mną, że nie jest to jakieś wielkie zaskoczenie. Spróbowali by go nie nominować, no nie? 😉
    Co do samej wygranej mam poważne wątpliwości: po pierwsze nie mam najlepszego zdania o całej Oscarowej gali i samych ocenach Amerykańskiej Akademii Filmowej, a po drugie pamiętam, że pomimo nominacji do Złotych Globów, BAFTA, Złotych Lwów i kilku innych gali, Twojemu Vincentowi z większych nagród, udało się zgarnąć jak na razie Europejską Nagrodę Filmową (dajcie znać jeżeli coś pominęłam!). Niemniej trzymam mocno kciuki za to, by ten wizualny majstersztyk złożony z ponad 65 tysięcy obrazów olejnych skopał dupska z czerwonego dywanu! 😀
    1. To nie koniec newsów ze świata kina na ten tydzień! Niestety, nie są one najlepsze, chociaż od razu uspokajam, że na razie największe Vegi… to znaczy PLAGI! Tak, plagi kinematografii siedzą cicho.
      Niemniej na ulicach Indii szaleją przeciwnicy nowego filmu Padmaavat opowiadający historię legendarnej królowej Rani Padmavati, która podobnie jak nasza Wanda co nie chciała Niemca, wolała zabić się niż poddać się muzułmańskiemu sułtanowi. I chociaż Padmavati jest równie realną postacią co Wanda, to dla hindusów jest bardzo ważną postacią, więc sceny onirycznych fantazji sułtana na temat królowej są dla nich absolutnie nie do przyjęcia. Do tego stopnia, że część najbardziej zagorzałych obrońców dobrego imienia Padmavati wyszła na ulice niszczyć sklepy, obrzucać kamieniami autobusy szkolne i polując na głowę aktorki wcielającej się w rolę królowej. I to dosłownie, bo Surajpal Amu – polityk rządzącej partii Bharatiya Janata z północnego stanu Haryana obiecał, że zapłaci półtora miliona dolarów temu, kto zetnie głowę Deepice Padukone.
      W całym zamieszaniu nikomu nie przeszkadza fakt, że kontrowersyjnych scen nie ma w filmie o czym reżyser Sanjay Leela Bhansali niejednokrotnie informował, dementując tym samym plotki krążące wokół filmu.Tymczasem w Rosji również doszło do wielkiego oburzenia wśród widzów zamkniętego seansu brytyjskiej komedii „Śmierć Stalina”. Witryny sklepów i głowy aktorów mogą czuć się bezpiecznie, jednak film ostatecznie nie trafi do rosyjskich kin, mimo wcześniejszej zgody na dystrybucję.
      Urzędnicy Kremla uznali film za „obrzydliwy” i w bardzo negatywny sposób ukazujący walczących z nazistami obywateli Związku Sowieckiego. Minister Kultury Władimir Mediński podkreślił ponadto, że film może negatywnie dotknąć starszych ludzi, a zwłaszcza ofiary stalinizmu, jednak według Wiesława Kota – krytyka filmowego – problem polega na tym, że Rosjanie nie mieliby problemu z pokazywaniem Stalina jako okrutnego tyrana, ale ośmieszanie go i pokazywanie w gaciach to dla nich za dużo.
    2. Tworząc cotygodniowy ART nie chciałabym skupiać się wyłącznie na wielkim świecie i sukcesach ogromnych przedsięwzięć, ale zwracać również uwagę na mniejsze – lecz IMHO równie ważne – akcje. I tak na przykład w Stargardzie ruszyła świetna inicjatywa dzięki której mieszkańcy będą mogli znacznie częściej obcować ze sztuką, a twórcze jednostki zyskają miejsce do pochwalenia się swoimi dziełami.
      Stargardzka Strefa Sztuki to miejsca w przestrzeni publicznej, gdzie wyeksponowane są prace artystów. Rolę takich niecodziennych galerii pełnią jak na razie apteka, Państwowa Szkoła Muzyczna, MDK oraz Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej, ale lada moment dojdzie również i Urząd Miejski, a także przychodnia lekarska. Trzymam kciuki, by lista miejsc ciągle rosła, a tego typu Strefy Sztuki znalazły się również w innych miastach, bo na całym świecie sztuka wychodzi z zamkniętych galerii i w najróżniejszy sposób wkrada się do codzienności – weźmy na przykład taki Stary Browar w Poznaniu. Genialnie, że coś takiego zaczyna pojawiać się w mniejszych miastach!

    Na koniec mam do Was mały apel:
    Jeżeli w Waszych miastach dzieje się coś ciekawego, to koniecznie podsyłajcie informacje! 🙂 Wiadomości o lokalnych inicjatywach najczęściej nie wychodzą poza okoliczne media, więc ciężko jest mi je wyłapać – o powyżej Stargardzkiej Strefie Sztuki dowiedziałam się kompletnie przez przypadek! Tak nie może być – dobre wiadomości muszą iść w świat, więc liczę na Waszą pomoc.

Read more