A tak w ogóle, to Mozart była kobietą. Serio.

Nawet największy laik, poproszony o podanie trzech słynnych kompozytorów, z pewnością wymieni Wolfganga Amadeusza Mozarta. To nazwisko jest jak synonim muzyki poważnej – i pysznych marcepanowych pralinek, ma się rozumieć! Często też wymienia się go jako przykład wyjątkowo utalentowanego dziecka, które od najmłodszych lat zadziwiało swoimi muzycznymi umiejętnościami. Dlaczego więc recenzje z końca XVIII wieku mówią o genialnej jedenastolatce nazwiskiem Mozart, która z wyjątkową precyzją i lekkością prezentowała trudne sonaty oraz koncerty największych ówczesnych kompozytorów?

Powiada się, że historię piszą zwycięzcy – i racja, z tymże zwykle ma się na myśli wielkich wodzów i epickie bitwy, a niekoniecznie otrzymane heterochromosomy. W tym przypadku jednak płeć była czynnikiem, który przesądził o tym którego Mozarta ludzkość zapamiętała jako genialnego muzyka. Bo Joannes Chrysostomus Wolfgangus Theophilus Mozart miał starszą siostrę, która mogła pochwalić się nie tylko równie bogatym zestawem imion, ale przede wszystkim talentem muzycznym. To jej grę z zachwytem obserwował mały Wolfgang i to z nią ruszył potem w trasę koncertową po Europie. I jak się domyślacie – ten duet zachwycał wszystkich gdziekolwiek tylko się pojawił.

Maria Anna Walburga Ignatia Mozart, pieszczotliwie zwana Nannerl często była wymieniana jako pierwsza na wszelkiego rodzajach zaproszeniach czy afiszach, a wspomniana wcześniej recenzja dotyczyła oczywiście jej popisów. Nawet Leopold Mozart – ojciec Marii i Wolfganga – zwykle przedstawiany jako surowy tyran, był dumny jak paw ze swojej córki, zaś młodszy brat zachwycał się kompozycjami jej autorstwa. Wolfie namawiał wręcz siostrę, by dalej komponowała. Cóż zatem się stało, że Maria Anna Mozart zniknęła z kart historii?

Przede wszystkim: dorastanie. O ile mała, zdolna dziewczynka stanowiła na salonach fajną atrakcję, tak grywająca panna – i co gorsza: otrzymująca za to pieniądze – była absolutnie nie do przyjęcia. Toż to prawie jak jakaś prostytutka! Gdy więc Anna Maria osiągnęła wiek w którym powinna rozglądać się już za mężem, jej kariera dobiegła końca. Wiele osób obwinia ojca muzyczki o zaprzepaszczenie jej talentu i skupienie się wyłącznie na jednym dziecku, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Maria, Wolfgang, Anna Maria oraz Leopold, czyli cała rodzinka Mozartów

OK, Leopold ostatecznie postawił wyłącznie na Wolfganga, ale wcale nie dlatego, że bardziej kochał syna, czy uważał za zdolniejszego. Tak naprawdę nie miał po prostu innej możliwości: po pierwsze realia ówczesnego świata były okrutne i niezależnie od tego jak zdolna była jego córka, to nie pozwolono by zarabiała jej na własnej pracy. Bo o ile zdarzały się kompozytorki, to zwykle były nimi zamożne arystokratki, które mogły sobie pozwolić na pracę bez wynagrodzenia. A Leopold musiał zatroszczyć się o to, by ktoś mógł utrzymać rodzinę gdy jego już zabraknie.
Po drugie: Mozartom brakowało pieniędzy, więc dużo łatwiej (i pewnie efektywniej) było promować tylko jedno dziecko. I tak, wiem, że wiele osób może uważać ten argument za wzięty kompletnie z d…, bo jak mogli mieć mało hajsu, skoro paradowali w wystawnych strojach, a ich głowy zdobiły te wymyślne peruki?! No faktycznie, może się przez to wydawać, że powodziło im się nieźle, ale prawda jest taka, że po prostu panowała wówczas taka moda i na tle innych, Mozartowie wcale nie byli jakoś wyjątkowo odstrzeleni. Tak naprawdę byli przedstawicielami klasy średniej i bardzo się zadłużyli wysyłając dzieciaki na koncertowe tournée. Nawet inwestycja w samego Wolfganga była dość ryzykowna: my znamy go jako jedną z najjaśniejszych gwiazd na muzycznym firmamencie, ale zanim Mozartowi udało się na zawsze zapisać w światowej historii, musiał pokonać wiele przeciwności i to wcale nie wyglądało tak, że rozprawiał się z nimi z palcem w nosie. Na przykład jego wyjazd do Paryża – po którym cała rodzina miała nadzieję na jakąś ciepłą posadkę dla dziedzica – okazał się niezbyt udany, gdyż młodemu muzykowi nie udało się rozkochać w sobie francuskich melomanów.

Także jak widzicie – Leopold wcale nie jest tym złym. Prawdopodobnie każdy z nas postąpiłby tak samo: postarał się o zapewnienie jak najlepszego bytu rodzinie poprzez inwestycje w jedyną osobę, która mogła faktycznie zarabiać na matkę i ewentualnie siostrę – gdyby ta nie znalazła męża.

Ale Nannerl ostatecznie wyszła za mąż – zresztą nic dziwnego, bo podobno miała wielu zalotników. Wśród nich wyróżniał się Franz Armand d’Ippold, były wojskowy kapitan, który objął stanowisko dyrektora Collegium Virgilianum w Salzburgu. Był o 22 lata starszy od Marii, więc w sumie bliżej mu było do Leopolda, niż panny Mozart, lecz podobno łączyła ich wyjątkowa więź. Nie do końca wiadomo dlaczego nie zostali małżeństwem – niektórzy twierdzą, że to wina ojca Nannerl, któremu po śmierci żony nie uśmiechało się mieszkanie samemu, więc pragnął, by córka jak najdłużej została przy jego boku. I faktycznie, Maria stanęła przed ołtarzem dopiero w wieku 32 lat, a jej mężem został Johann Baptist Franz von Berchtold zu Sonnenburg – urzędnik i dwukrotny wdowiec, któremu po poprzednich żonach została gromadka dzieci. Po wszystkim nasza bohaterka wyprowadziła się ze świeżo poślubionym mężem do St. Gilgen, gdzie dorobili się jeszcze trójki własnych pociech.

Relacje naszej bohaterki z ojcem dzielą historyków i w zasadzie każde wydarzenie z jej życia są w stanie przedstawić na dwojaki sposób. Przykład? A proszę bardzo: pierwszemu synkowi Nannerl nadała imię Leopold (po dziadziusiu, wiadomo), a następnie… zostawiła go na wychowanie w Salzburgu, u Leopolda Seniora. I teraz tak: zwolennicy teorii, jakoby Maria Anna była kompletnie podległa ojcu twierdzą, że zrobiła to na jego wyraźne życzenie. Staruszek po prostu stwierdził, że wychowa sobie kolejnego geniusza, a córcia nie protestowała. Natomiast osoby podchodzące sceptycznie do tego typu rewelacji uważają, iż Leopold Junior tuż po urodzeniu nie był wzorem zdrowia, więc został pod opieką dziadka. I trzeba przyznać, że brzmi to całkiem rozsądnie, jednak ciężko znaleźć racjonalne powody dla których został tam aż do śmierci Leopolda Seniora (czyli ok. 2 lata).

Na szczęście co do jej relacji z młodszym bratem nie ma tylu wątpliwości: wiadomo, że łączyła ich serdeczna przyjaźń, chociaż nie pisywali do siebie jakoś zbyt często. Wiadomo również, że Maria wysyłała mu swoje kompozycje, które Mozart szczerze cenił i zachęcał siostrę do dalszego tworzenia. Namawiał ją nawet, aby dołączyła do niego w Wiedniu, gdzie mogłaby uczyć innych gry na fortepianie oraz dawać prywatne koncerty.

Co się stało z dziełami Nannerl? Nikt nie wie. Nie wiadomo ile ich mogło powstać. W zasadzie to niewiele wiadomo nawet o samej Marii Annie Mozart.

I pewnie by tak tkwiła sobie w zapomnieniu, gdyby nie nasza rodaczka. Co ciekawe, Sylwia Milo okryła Nannerl przez przypadek. Był rok 2006, w Wiedniu świętowano właśnie 250 urodziny Mozarta, a Sylwia zwiedzała jego byłe mieszkanie. To tutaj natknęła się na obraz prezentujący całą rodzinę – a co ważne – również kobietę, która ramię w ramię z Wolfgangiem siedzi przy fortepianie. Polka musiała dowiedzieć się kto to jest.


Relacje, opisy, a przede wszystkim słowa pełne uznania z ust Wolfganga Amadeusza Mozarta na temat siostry poruszyły Sylwię Milo, która postanowiła przypomnieć światu o Nannerl. Tak narodził się pomysł na monodram „The Other Mozart”, gdzie sama Sylwia wciela się w rolę XVIII wiecznej kompozytorki. Zanim jednak widowisko trafiło na deski teatrów na całym świecie, naszą rodaczkę czekał solidny research, gdyż zależało jej na tym, by przedstawienie opierało się na faktach, a jak już wiecie – ciężko do nich dotrzeć. Sylwia Milo badając historię Nannerl opierała się głównie na listach całej familii Mozartów. Współpracując razem z Nathanem Davisem oraz Phyllisem Chenem stwierdzili, że nie ma sensu próbować odtwarzać muzyki Marii Anny Mozart – zamiast tego postarali się oddać jej świat. Na muzykę „The Other Mozart” składają się więc stukoty porcelanowych filiżanek, odgłosy wachlarzy, pozytywek czy bicie kościelnych dzwonów. Sama Sylwia jako Nannerl siedzi po środku sceny w zjawiskowej sukni projektu Magdaleny Dąbrowskiej i wciąga widzów w świat zapomnianej artystki. Monodram nie tylko zwraca Marii Annie Mozart należytą uwagę, ale zdobył prawdziwe uznanie i do dziś wystawiany jest na amerykańskich scenach. Ciężka praca Sylwii Milo sprawiła, że częściej wspomina się siostrę Mozarta i kto wie – może z czasem uda się odnaleźć chociaż część jej kompozycji?