5 niesamowitych artystek, których historie mało kto zna. A szkoda.

Gdybym dostawała złotówkę za każdego napotkanego barana, który twierdzi, że historia nie zna wybitnych kobiet, bo ON tudzież ONA sobie nie przypomina akurat żadnej takiej, to w garażu stałby już czołg. Używałabym go do strzelania pociskami z wiedzą i jakimś przyzwoitym poczuciem ogarnięcia, który nie pozwalałby wygłaszać takim ludziom osądów na podstawie wyłącznie ich „a mnie się wydaje, więc tak musi być”.  😉 Świat byłby piękniejszy, ja bym miała pokojowego Nobla, a wiele zapomnianych dziewczyn zajęłoby należne im miejsce w historii.

Poniższe pięć postaci to zaledwie kropla w morzu geniuszu i zmarnowanego potencjału, ale kto powiedział, że ma to być jedyny wpis tego typu? 😉 Zwłaszcza, że moja krucjata przeciwko zapominaniu o ciekawych kobiecych postaciach już się zaczęła – zobacz tu albo tutaj – a tymczasem zapraszam do poznania kolejnych 5 arcyciekawych kobitek:

Francesca Caccini i pierwsza opera na polskich ziemiach

Francesca Caccini, znana również jako la Cecchina grała na pięciu instrumentach, była doskonałą śpiewaczką oraz poetką, a ponadto kompozytorką, co jak łatwo się domyślić, było na tamte czasy dość niezwykłe. Francesca miała jednak to szczęście, że pochodziła ze znanej rodziny muzycznej: jej ojciec, Giulio Caccini, był kompozytorem i współzałożycielem Cameraty Florenckiej, czyli grupy której działania przyczyniły się do powstania nowego gatunku muzycznego o którym być może kiedyś coś tam słyszeliście, a mianowicie: opery. 😉 Także widzicie, że la Cecchina od początku obracała się w zacnym towarzystwie, a dodatkowo tata zadbał o jej solidne wykształcenie, które oczywiście i tak na nic by się zdało, jeżeli byłaby leniwym dziewuszyskiem.
Francesca jednak jak się domyślacie, była niebywale utalentowana, więc nic dziwnego, że jeszcze jako 20-latka znalazła zatrudnienie na dworze Medyceuszy, a to dało jej możliwości o jakich większość kobiet mogło sobie wtedy co najwyżej pomarzyć. Współpracowała z innymi muzykami tworzącymi na florenckim dworze, a także obracała się w towarzystwie pozostałych artystów i naukowców tam też przebywających. Jej „kolegami z pracy” byli m.in. Galileusz czy Michał Anioł Buonarroti… Młodszy (tak, krewny tego Michała Anioła) i to dla jego dzieł Francesca skomponowała muzykę: np. do La TanciaIl passatempo czy La fiera. Nie ustępowała nikomu pracowitością ani zdolnościami: co więcej, jej autorskie prace budziły podziw – i to międzynarodowy!

Na początku 1625 roku u Medyceuszy gościł Władysław IV Waza na cześć którego wystawiono La regina Sant’Orsola Marca da Gagliano (innego członka wspomnianej już Cameraty Florenckiej), ale to wykonane po tym La liberazione di Ruggiero dall’isola d’Alcina naszej la Cecchiny wywołało prawdziwe zachwyty przybyszy z Polski. I to do tego stopnia, że po powrocie do kraju jeden z członków ekipy goszczącej we Florencji, poeta Stanisław Serafin Jagodyński przetłumaczył libretto utworu na język polski i trzy lata po pamiętnym występie wydano w Krakowie Wybawienie Ruggiera z Wyspy Alcyny.
Wybawienie Ruggiera… uznawana jest za pierwszą operę napisaną przez kobietę, a przez jej bardzo pozytywny odbiór przez naszych rodaków wiele osób twierdzi, że była również pierwszą włoską operą wystawioną poza słoneczną Italią, a co za tym idzie – pierwszą operą jaka zabrzmiała na naszych polskich ziemiach. Należy jednak podkreślić, że co do tego nie ma niestety pewności, chociaż też nie można tego wcale wykluczyć. 🙂
Niestety, pomimo błyskotliwej kariery Francesci Caccini niewiele jej dzieł zachowało się do dziś – Wybawienie Ruggiera z Wyspy Alcyny, dzięki temu, że ukazało się drukiem we Włoszech jak i Polsce jest jednym z nielicznych świadectw twórczości tej niezwykłej artystki.

Zofia Stryjeńska: księżniczka sztuki polskiej w męskim przebraniu

Jeżeli myśląc o szalonych i ekscentrycznych artystach do głowy przychodzi Wam wyłącznie Dalí i Warhol, a potem długo, długo nic to koniecznie musicie poznać Zofię Stryjeńską! Zacznijmy od tego, że aby zdobyć lepsze wykształcenie, niedługo po tym jak z odznaczeniami ukończyła szkołę malarską dla kobiet Marii Niedzielskiej, wyjechała do Monachium by rozpocząć studia na tamtejszym ASP. Problem w tym, że wówczas na tej uznanej uczelni nie przyjmowano kobiet…
Zochy to jednak w żaden sposób nie zniechęciło: złożyła papiery jako Tadeusz Grzymała Lubański. W 1911 roku z dwustu kandydatów wybrano tylko czterdzieści osób – wśród nich była oczywiście nasza artystka, która zaczęła rozwijać swój talent pod okiem monachijskich wykładowców, stykając się niejednokrotnie z arcydziełami światowego malarstwa. Niestety, po około roku koledzy z uczelni zaczęli podejrzewać, że kolega Tadeusz skrywa w sobie wiele tajemnic – zwłaszcza pod ubraniem, więc Zocha musiała zmykać. Zanim jednak na dobre pożegnała się z Monachium, poszła do tamtejszej kaplicy i leżąc krzyżem na posadzce zaczęła prosić Boga, by ten umożliwił jej zdobycie sławy w artystycznym świecie. W zamian oferowała: miłość, przyjaźń, spokój i dostatek… w zasadzie wszystko, byleby tylko stać się uznaną artystką. No, i Bóg posłuchał.

Polskie party hard, czyli „Góralscy grajkowie przy winie” 

Bo nie bez powodu okrzyknięto ją potem księżniczką polskiej sztuki: dynamiczne oraz nieprawdopodobnie barwne przedstawienia polskiej wsi i słowiańszczyzny chociaż budziły różne emocje, to zostały docenione – nie tylko nad Wisłą, ale w całej Europie! Prace Stryjeńskiej zdobiły bowiem polski pawilon na Wystawie Światowej w Paryżu, gdzie artystka zgarnęła aż 5 nagród i przy okazji serca zagranicznych miłośników sztuki. 😉 Pomimo wielu sukcesów i nagród, układ z Bogiem najwyraźniej pozostał aktualny: Zofia Stryjeńska całe życie zmagała się z problemami finansowymi i chociaż na swojej drodze spotkała Karola Stryjeńskiego, prawdziwego faceta marzeń z którym wzięła ślub oraz miała trójkę dzieci, to absolutnie nie mogła pochwalić się udanym życiem rodzinnym.

Bo chociaż kompletnie zatraciła się w niebieskich oczach Karola (a uwierzcie mi, niebieskookie Karole mają coś w sobie 😉 ), to ten nie pozostawał jej wiernym. Artystka szalała z zazdrości, a całe Zakopane w którym małżonkowie mieszkali, aż huczało od plotek: podobno Zocha zaatakowała kochankę męża, upiększając jej buźkę zadrapaniami, zaś samego Karola goniła z rewolwerem. Sytuacja między Stryjeńskimi stawała się coraz gorsza: Karol dwukrotnie umieszczał żonę w szpitalu psychiatrycznym, co było znakomitym tematem dla ówczesnych gazet. Wielka miłość ostatecznie zakończyła się rozwodem w 1927.

„Puszczanie wianków na Wiśle” i inne słowiańskie zwyczaje fascynowały Zochę

Kolejne lata nie były dla artystki łatwe: po wojnie nie związała się z żadną grupą artystyczną ani ugrupowaniem politycznym. Nie dostawała zbyt dużo nowych zleceń i często aby związać koniec z końcem sprzedawała swoje prace za bezcen, a z czasem wplątała się w niezłe tarapaty finansowe, gdyż pobierała pieniądze za prace, których nie stworzyła przez co ścigali ją wierzyciele. Wciąż pozostawała jednak Zochą o ciętym języku i ekscentrycznym podejściu do życia: żeby jakoś podreperować budżet napisała pod pseudonimem Prof. Hillar podręcznik savoir vivre Światowiec współczesny, a ponadto planowała otworzyć sklep z już obranymi ziemniakami (ta wygoda!) lub biuro matrymonialne (jest popyt, to i podaż, wiadomo). Gdy podczas wywiadu dziennikarka zapytała jaki według niej jest najmilszy sport, Stryjeńska odparła „A nie będzie się pani wstydziła napisać?”, zaś gdy Polska Akademia Literatury poprosiła ją o zwrot kosztów wytworzenia odznaki, którą postanowili ją wcześniej uhonorować za wybitne zasługi dla polskiej sztuki prychnęła jedynie „Akurat! Jeszcze będę bulić!” 😀 Generalnie uważam, że gdyby Zofia Stryjeńska żyła w dzisiejszych czasach, to byłaby niekwestionowaną królową Twittera.

Rozczochrane włosy i kozacza dusza Anny Bilińskiej-Bohdanowiczowej

Anna Bilińska spędziła dzieciństwo na Kijowszczyźnie oraz w głębi Rosji. Tamtejsze piękne i rozległe krajobrazy na zawsze zapisały się w sercu artystki, która żartowała potem, że drzemie w niej kozacza dusza – i moim zdaniem wcale nie przesadzała, bo jak sami zaraz zobaczycie, Anna niejednokrotnie pokazała, że ma charakter.
Chociaż jej rodzice należeli do tych osób, które nie chciały, aby ich dzieci po osiągnięciu podstawowego wykształcenia zaniechały dalszej edukacji (a w przypadku naszej bohaterki zajęły się rodzeniem dzieci i byciem panią domu), to Anna nie mogła za bardzo liczyć na ich solidne wsparcie finansowe. Na szczęście nie powstrzymało jej to nawet na chwilę: jako osiemnastolatka przeprowadziła się do Warszawy, by rozpocząć studia muzyczne, gdyż musicie wiedzieć, że zapowiadała się na całkiem zdolną pianistkę. Nie porzuciła jednak malarstwa: wynajęła maleńką pracownię, która utrzymywała samodzielnie z pieniędzy jakie udało jej się zarobić na korepetycjach z muzyki i rysunku. Po dwóch latach porzuciła konserwatorium, gdyż zdecydowała, że woli skupić się na malowaniu. Tak trafiła do prywatnej klasy rysunkowej Wojciecha Gersona, ponadto zaczęła wystawiać, a nawet sprzedawać swoje prace, które przypadły do gustu wielu krytykom. Również sam nauczyciel był pod wrażeniem talentu młodej dziewczyny.

„Widok z okna konserwatorium” ukazuje jakie widoki miała przed sobą Anna na co dzień, życie jednak pokazało, że szykuje dla niej znacznie więcej niż Saską Kępę 😉 

W pracowni naszego uznanego realisty Anna Bilińska zawarła wiele przyjaźni, między innymi z Klementyną Krassowską, która wywarła ogromny wpływ na życie naszej bohaterki. I to nie tylko dlatego, że w 1882 roku dziewczyny razem zjechały kawał Europy, w tym Monachium, Wiedeń, Salzburg czy północne Włochy. Nie tylko, choć faktycznie ten wyjazd wywarł na nich ogromne wrażenie: w końcu zwiedziły słynne kulturalne ośrodki, zabytki, muzea oraz pracownie uznanych artystów. Damn, sama bym się wybrała w taką podróż! 😉
Klementyna Krassowska przede wszystkim zabezpieczyła Annę Bilińską finansowo, co wiąże się jednak z niestety niewyobrażalnie smutnymi wydarzeniami z życia artystki. Bo musicie wiedzieć, że po całym tym europejskim tournée stanęła przed wyborem: mogła wyruszyć razem z rodziną innej przyjaciółki do Paryża, gdzie co prawda miałaby szansę kontynuować naukę w samym sercu kulturalnego świata, ale z pewnością musiałaby mocno zaciskać pasa, gdyż pomoc ze strony rodziców stawała się coraz skromniejsza, albo zostać w Polsce i rozpocząć studia u samego Jana Matejki w Krakowie (gdzie przy okazji ponoć czekał na nią nieźle ustawiony zalotnik). Co zrobiła? Oczywiście, że spakowała manatki i ruszyła do Francji (zaznaczając przy okazji, że gdyby chciała zostać bogatą dziedziczką, to by już to zrobiła).

„Nad brzegiem morza” w Bretanii Anna spędzała wiele czasu. To tu dochodziła do siebie po śmierci bliskich.

Nie było lekko, ale też nic nie zapowiadało dramatu, który miał się wkrótce wydarzyć. Anna Bilińska od początku uparła się na samodzielne mieszkanie, co w tamtych czasach mocno nadwyrężało granice obyczajowości, ale już chyba zdążyliście załapać, że artystka się nie pieściła ani ze sobą ani z zastanymi normami społecznymi. Wynajmowała maleńki pokoik, który według zapisków z jej dziennika miał zaledwie 2½ m na 2 m, jednak zapewniała, że była naprawdę szczęśliwa. Zwłaszcza, że podczas gdy większość Polaków uderzała w tym czasie na studia do Monachium, ona odważnie zgłosiła się do paryskiej Académie Julian: najlepszej szkoły artystycznej, która przyjmowała kobiety i co więcej, dostała się tam! Ani na chwilę nie osiadła jednak na laurach, nie załamywała też rąk nad swoim finansowym losem: zasuwała natomiast jak wariatka. Chodziła na dodatkowe lekcje wieczorne i pracowała nawet po kilkanaście godzin dziennie… po pewnym czasie poświęcenie zaczęło przynosić efekty: zdobyła medal w szkolnym konkursie, a niedługo potem zadebiutowała w Salonie Paryskim.
W tym czasie nastąpił pierwszy cios.
W 1884 roku zmarł ojciec Anny przez co dziewczyna została niemalże bez środków do życia. Z pomocą przyszedł sam Rodolphe Julian, czyli założyciel Akademii w której studiowana Bilińska: zwolnił ją z opłat za studia, a następnie zaproponował opiekę nad jedną z pracowni. Niedługo jednak po śmierci ojca, artystka musiała pożegnać również swoją drogą przyjaciółkę Klimcię, czyli wspomnianą Klementynę Krassowską z którą zjechała kawał Europy. Tak jak wspominałam, Krassowska zanim odeszła postarała się odmienić życie swojej zdolnej psiapsióły i przepisała jej w testamencie swój majątek, zabezpieczając tym samym finansowo Annę nad którą los nie skończył się jeszcze pastwić. Zaledwie kilka miesięcy po pogrzebie przyjaciółki musiała bowiem pożegnać jeszcze swojego ukochanego, Wojciecha Grabowskiego z którym planowali wspólną przyszłość. Artystka była zdruzgotana. W bardzo krótkim czasie otrzymała od życia potężne ciosy po których przez pewien czas nie miała siły się podnieść.

Zdolna, pracowita i pewna siebie: Anna Bilińska-Bohdanowicz everyone! 

Paradoksalnie te dramatyczne wydarzenia sprawiły, że Anna Bilińska odniosła międzynarodowy sukces – kilka lat później artystka stworzyła bowiem autoportret w którym dała upust dręczącym ją uczuciom. Pozuje w nim bez kokieterii, z rozczochranymi włosami i czarnej sukni wskazującej na przeżywaną żałobę. Nie jest to jednak słabiutka kobietka pogrążona w rozpaczy: to świadoma swojej wartości profesjonalistka, która choć wiele w życiu przeszła, to wyszła z tego wszystkiego silniejsza niż przedtem. Nawet dziś ciężko przejść obok tego dzieła obojętnie – a co dopiero w XIX wieku! Obecnie jak jakaś gwiazda wrzuci selfiaka bez makijażu i z nieułożonym włosem portale plotkarskie mają temat na co najmniej kilka dni – wyobraźcie sobie więc co się działo w 1887 roku, gdy wystawiono ten obraz w Salonie Paryskim, a były to czasy, gdy kobiety nie wychodziły z domu bez kapelusza. 😉
Na Annę Bilińską i jej Autoportret posypały się prestiżowe nagrody i pozytywne recenzje krytyków. Obraz wystawiany był w wielu krajach i wszędzie wzbudzał zachwyt, podobnie jak pozostała twórczość artystki, która odzyskała zapał do pracy. Była wówczas zdecydowanie najsłynniejszą polską malarką. W jej paryskiej pracowni przy Rue de Fleurus 27 toczyło się kulturalne życie towarzyskie tamtejszej Polonii – co ciekawe, w tym samym budynku mieszkała potem Gertruda Stein której mieszkanie również było ważnym punktem na artystycznej mapie Paryża. Na jednym z takich spotkań Anna poznała młodego lekarza Antoniego Bohdanowicza. Jak łatwo się domyślić, to on jest odpowiedzialny za drugi człon nazwiska naszej bohaterki. 😀

Niedokończony autoportret, który zamówił Ignacy Korwin-Milewski do swojej kolekcji wybitnych polskich malarzy

Mogłoby więc wydawać się, że reszta życia minęła Annie Bilińskiej-Bohdanowiczowej w wiecznej wenie, chwale i miłości – zwłaszcza, że jako jedyna kobieta została poproszona przez hrabiego Ignacego Korwina-Milewskiego, prawdziwą szychę w świecie kolekcjonerów sztuki, o stworzenie autoportretu, który miał znaleźć się w galerii autoportretów wybitnych polskich malarzy (obok m.in. Jacka Malczewskiego czy Aleksandra Gierymskiego). Anna oczywiście z chęcią rzuciła się do pracy, planując przy okazji z mężem powrót do Warszawy oraz otworzenie tam szkoły malarstwa dla dziewcząt. Wtedy los postanowił sobie zakpić z niej raz jeszcze. I to po raz ostatni.
Anna Bilińska-Bohdanowicz zmarła 8 kwietnia 1893 roku po tym jak nagle pogorszył się jej stan zdrowia. Ukryta wada serca zabrała ze sobą 38 letnią artystkę, która nie zdążyła zrealizować swoich wielkich planów. Na szczęście zdołała chociaż nieźle zagrać na nosie XIX wiecznym konwenansom i zostawić po sobie wiele zachwycających dzieł.

Wspaniałe niedoskonałości Julii Margaret Cameron

Jak na razie w tym wpisie królują same turbozdolne babeczki, które już na początku swojej edukacji zdradzały ponadprzeciętne talenty. Nasza następna bohaterka, Julia Margaret Cameron to kompletnie inna historia – swoją artystyczną karierę zaczęła bowiem tuż przed 50 urodzinami i w zasadzie trochę przez… przypadek.
Mamy rok 1863: Julia już dawno odchowała dzieci, właściwie to każde z nich pozakładało własne rodziny, zaś na towarzystwie męża nie miała co polegać, bo często wyjeżdżał w interesach. Mówiąc krótko: osiągnęła ten etap w życiu kiedy człowiekowi zaczyna się powoli nudzić. Na szczęście dostała wówczas od córki oraz zięcia aparat fotograficzny.
Gadżet, który miał zabawić starszą panią na stare lata obudził w niej prawdziwą pasję! I chociaż Julii Cameron brakowało nieco wiedzy, to ani na moment jej to nie zniechęciło. Powiem więcej: to właśnie niedoskonałości zapewniły jej miejsce w historii fotografii.


  

Bo gdy wszyscy prześcigali się w tworzeniu doskonałych pod względem technicznym fotografii, Julia eksperymentowała z płytką głębią ostrości przez co jej prace do dziś zachwycają niezwykle romantycznym i malarskim klimatem, który doceniali już ówcześni poeci i artyści. Fotografowie – jak nie trudno się domyślić – nie za bardzo, bo chociaż celowy brak ostrości czy nierówno nałożona warstwa kolodionu (nierzadko również zanieczyszczona) wzmacniały oniryczny charakter fotografii Julii, to dla jej kolegów po fachu były to po prostu rażące błędy. 😉 Ale głównym powodem dla którego Julia Margaret Cameron zrobiła karierę jako fotografka nie były wcale techniczne niedoskonałości i ich umiejętne wykorzystanie, bo w ten sposób pierwszy lepszy XIX-wieczny żółtodziób z aparatem i niezłą gadką zająłby jej miejsce w historii. Tymczasem to swobodne ustawienie modeli oraz mistrzowskie uchwycenie ich emocji zadecydowało o sukcesie naszej 48-letniej artystki.

„Święta Rodzina” w roli Matki Boskiej jedna ze służących pani Cameron

Cameron całkowicie zrezygnowała z popularnych wówczas póz i rekwizytów, których rolą często było dodatkowe unieruchomienie modeli po to, aby wychodzili wyraźniej na zdjęciach. Tak, dobrze myślicie – to nieraz dodatkowo potęgowało nieostrość, ale wiecie – nie uprawiała przecież fotografii komercyjnej, a artystyczną, więc mogła sobie na to pozwolić. 😉 Zwłaszcza, że wiele osób nieszczególnie na to narzekało: po portret do Julii Cameron ustawiali się w kolejce Karol Darwin, John Herschel czy Alfred Tennyson.
Ale Julia nie uwieczniała jedynie sław. Bardzo chętnie fotografowała swoją rodzinę, znajomych oraz służących – generalnie przed jej obiektywem panował prawdziwy egalitaryzm. Rozpuszczała włosy i owijała w szaty tak samo arystokratki jak i swoje służki: pochodzenie i zasobność portfela nie miały znaczenia w obliczu sztuki pani Cameron dla której liczyło się przede wszystkim piękno i próba jego uwiecznienia.

 

Sister Rosetta Tharpe: baba z gitarą, co gra jak chłop

Wielu osobom nie mieści się w głowie, że kobiety w rockowym świecie mogą być kim więcej niż rozwrzeszczaną groupie. Taki Grabaż na przykład mógłby przeżyć ciężki szok, gdyby się dowiedział, że u zarania dziejów tego gatunku muzycznego stoi niezła babeczka z gitarą i gdyby nie ona, to dziś rock and roll wyglądałby inaczej.

Rosetta Tharpe przyszła na świat w 1915 roku jako córka dwojga zbieraczy bawełny z Cotton Plant w Arkansas. Wielu badaczy do dziś nie jest zgodnych jak naprawdę miała na nazwisko: Nubin, Atkins czy Atkinson, gdyż o jej ojcu poza tym, że był piosenkarzem, ciężko powiedzieć cokolwiek więcej. Natomiast wiadomo, że matka naszej bohaterki również była uzdolniona muzycznie: śpiewała, grała na mandolinie i była pastorką w Church of God in Christ, więc można powiedzieć, że nasza bohaterka wygrała na muzycznej loterii genowej. 😉 Od najmłodszych lat malutka Rosetta grała na gitarze i śpiewała na mszach we wspomnianym kościele.

Ludzie byli zachwyceni jej talentem! W wieku zaledwie sześciu lat rozpoczęła trasę koncertową i razem z mamą dawała występy na całym południu Stanów Zjednoczonych. Mając 19 lat wyszła za mąż za Thomasa Thorpea i chociaż małżeństwo wytrwało tylko kilka lat podczas których Thomas towarzyszył Rosettcie i jej matce w występach, to gitarzystka postanowiła zachować nazwisko męża. Po lekkiej modyfikacji ogłosiła, że od tej pory nazywa się  Sister Rosetta Tharpe i pomimo kilku małżeństw na zawsze pozostała już przy tym nazwisku.

Gdy miała 23 lata po raz pierwszy zasiadła w studiu nagraniowym i w zasadzie od razu stała się prawdziwą sensacją. Utwory takie jak Rock Me, My Man and I, czy That’s All wywołały prawdziwe trzęsienie muzycznej ziemi, a samej Rosettcie zapewniły tytuł pierwszej artystki gospel, która odniosła sukces komercyjny. Wstrząsy wtórne dawały o sobie znać jeszcze długo po wydaniu płyty, gdyż te właśnie piosenki zainspirowały Elvisa Presleya, Chucka Berryego czy Johnnego Casha, a sam Bob Dylan stwierdził, że po występach Sister Rosetty w Wielkiej Brytanii wiele młodych chłopców po ujrzeniu jej występu rzuciło się do nauki gry na gitarze.

W czasach, gdy Sister Rosetta Tharpe odnosiła sukcesy gra na gitarze była kojarzona raczej z męską umiejętnością, więc chociaż muzyczka rozwalała system szarpiąc druty, to media łaskawie określały jej zdolności jako równe facetom. Wiele osób również doszukiwało się w jej przyjaźni oraz profesjonalnej współpracy z Marie Knight wątku lesbijskiego. Obie panie co prawda zaprzeczały tego typu rewelacjom, ale myślę, że nawet jeśli coś by było na rzeczy, to i tak nie odważyłyby się na coming out. Niemniej macie chociaż nakreśloną sytuację z Marie Knight z którą Rosetta koncertowała przez wiele lat, a gdy gitarzystka zmarła w wyniku udaru, to Marie pomagała wybrać dla niej odpowiedni strój oraz pomalowała twarz przyjaciółki, która nie wiedzieć czemu dziś pozostaje mocno zapomniana, a wszelkie uwagi, że za wieloma rozwiązaniami z których słynie król Elvis stoi czarna kobicina z gitarą budzi zdziwienie, a czasem nawet i oburzenie.

No nic. Najlepiej działać zamiast gadać, więc aby uczcić Siostrę proponuje Wam posłuchanie jej utworów:

Co najlepsze, niniejszy post miał zostać opublikowany 8 marca, specjalnie na Dzień Kobiet, ale tuż przed samym wydarzeniem… odeszły mi wody i kilkanaście godzin później zostałam mamą. 😀 Od tego czasu więc mój świat wywrócił się do góry nogami, a razem z nim i planowany wpis. Postanowiłam jednak nie chomikować go do następnej możliwej okazji, więc dajcie znać czy znaliście wszystkie wymienione kobitki lub podrzucajcie inne o których warto by napisać. Spread the knowledge! 🙂

Bibliografia:
1 Francesca Caccini
2 Paulina Łysak, „Boże! Odbierz mi wszystko, (…) ale za to daj mi możność wypowiedzenia się artystycznego i sławę.” Zofia Stryjeńska i jej walka o bycie artystką
3 Anna Budyńska, „Życie rodzinne spaliła na ołtarzu sztuki”. Zofia Stryjeńska – artystka totalna
4 Zofia Stryjeńska
Joanna Jaśkiewicz, Anna Bilińska-Bohdanowicz. Artystka niezłomna
6 Paulina Adamczyk, Męskie malarstwo Anny Bilińskiej-Bohdanowiczowej
7 Ewa Micke-Broniarek, Anna Bilińska-Bohdanowicz
8 Staszek Gieżyński, Anna Bilińska-Bohdanowicz
9 Anna Bilińska-Bohdanowicz
10 Charlotte Higgins, Julia Margaret Cameron: soft-focus photographer with an iron will
11 Marta Sinior, Julia Margaret Cameron
12 Marta Eloy Cichocka, Pionierzy fotografii. Julia Margaret Cameron. Jak być prawdziwą lady i nie dbać o ostre zdjęcia
13 Julia Margaret Cameron
14 Will Hermes, Why Sister Rosetta Tharpe Belongs in the Rock and Roll Hall of Fame
15 Sister Rosetta Tharpe

Read more