Ostatnie prace wielkich artystów cz. 1

Niby już po Zaduszkach, hipermarkety zostały najechane przez armię reniferów dowodzonych przez Mikołajów, ale mnie tam nadal trzyma wczesnolistopadowa nostalgia. Zatem: all aboard the feels train! Opowiem Wam dzisiaj trzy historie o ostatnich pracach, jakie stworzyli Frida Kahlo, Wolfgang Amadeusz Mozart i Michał Anioł zanim odeszli z tego świata.

Frida Kahlo, „Viva la vida”, PD

1. Frida Kahlo, Diego Riviera i wieloznaczne arbuzy

No, arbuzy. Spoko. Tylko czym się tu zachwycać?
Ano jest, bo może nam arbuzy kojarzą się z wakacjami, ale w Meksyku związane są z Dia de los Muertos, czyli Dniem Zmarłych, do którego podchodzi się zupełnie inaczej niż u nas. Pierwsze dni listopada wiążą się dla nas z zadumą i gdy my spokojnie spacerujemy po cmentarzach jaśniejących od zniczy, Meksykanie bawią się na całego. Według tradycji 1 listopada powracają do nich dusze zmarłych dzieci, zaś dzień później dorosłych i traktowane jest to zdecydowanie jako powód do radości, a nie smutku: w końcu cała rodzina może wspólnie ucztować! Fakt, że ktoś przebywa obecnie w innej formie nie ma większego znaczenia.

Diego Rivera, „Arbuzy”, PD

Nic jednak nie poradzę, że historia tej martwej natury napawa mnie melancholią: zmęczona chorobą Frida na osiem dni przed swoją śmiercią napisała na jednym z owoców „Viva la vida” i również w podobnym czasie zanotowała w swoim pamiętniku: „Ufam, że odejdę bez żalu i że już tu więcej nie wrócę.” Co więcej, trzy lata później, Diego Rivera – jej mąż, również namalował obraz przedstawiający arbuzy. Uczynił to na zlecenie Dolores Olmedo, jego protektorka, chociaż początkowo nie chciał podjąć się tego zlecenia. W 1957 Diego Rivera był już bardzo schorowany: nawet jego prawa ręka, którą malował, odmawiała posłuszeństwa. Może miał też jakieś przeczucie, bo faktem jest, że był to jego ostatni obraz. Artysta zmarł wkrótce po jego namalowaniu.

2. Deadline Mozarta, czyli Requiem d-moll KV 626

Historia genialnej lecz nieukończonej kompozycji Mozarta do dziś budzi wiele emocji. Nic dziwnego: wiele szczegółów tych niezwykłych wydarzeń pozostaje nie potwierdzonych, co daje możliwość snucia różnych teorii. Wiadomo jednak, że w lipcu 1791 roku do Mozarta przyszedł tajemniczy posłaniec, niosąc wiadomość od anonimowego zleceniodawcy, który prosił muzyka o skomponowanie mszy żałobnej. Wszelkie próby ustalenia kim był nadawca spełzły na niczym, jednakże warunki zlecenia były bardzo zadowalające. Serio, wielu współczesnych dałoby się za takie pokroić: zleceniodawca zgodził się bowiem na zaproponowaną przez Mozarta kwotę, od razu wypłacił mu połowę wynagrodzenia, dał artyście wolną rękę i nie dopytywał o termin oddania dzieła. Czego chcieć więcej?
Kompozytor nie rzucił się od razu do roboty: pracował nad Requiem z przerwami, kończąc w międzyczasie np. dwie opery, jednak w trakcie pracy Mozart mocno podupadł na zdrowiu i pod koniec życia tworzył już w przekonaniu, że pisze utwór na własny pogrzeb. Benedikt Schak, bliski przyjaciel Mozarta, wspomina nawet, iż na początku grudnia, czyli kilka miesięcy po pierwszych odwiedzinach posłańca, odbyły się pierwsze próby śpiewanych fragmentów dzieła. Podobno zaraz po tym, gdy wybrzmiały pierwsze takty Lacrimosy, ich autor wybuchł płaczem i odłożył nuty. Jedenaście godzin później zmarł, nie ukończywszy Requiem.
Obawiając się problemów ze strony nietypowego zleceniodawcy, żona Mozarta, Konstancja, poprosiła jego znajomych oraz uczniów o dokończenie prac nad zamówioną mszą żałobną. Jeden z uczniów – Franz Xaver Süssmayr głosił potem, że to on jest autorem pozostałych fragmentów Requiem, ale wielu współczesnych muzykologów mocno w to wątpi. Słuchając bowiem innych utworów Süssmayra, nieprawdopodobnym wydaje się, żeby udało mu się jednorazowo stworzyć coś tak wybitnego.

Ostatnie nuty postawione przez Mozarta – manuskrypt taktów 1-5 części Lacrimosa

Jedną kwestię udało się wyjaśnić: okazało się, że zleceniodawcą był hrabia Franz von Walsegg – muzyk amator, który lubił zamawiać u innych kompozytorów utwory, by następnie twierdzić wszem i wobec, że sam je stworzył. Requiem zamówione u Mozarta miało upamiętniać jego młodo zmarłą żonę i trzeba przyznać, że musiało to być prawdziwie szczere uczucie, gdyż hrabia nie ożenił się ponownie. Pierwszy raz Requiem d-moll KV 626 zaprezentowano właśnie w posiadłości von Walsegga, dwa lata po śmierci genialnego kompozytora.

Pietà Rondanini – twarze wyłaniające się z marmuru – fot. Sailko, CC BY 3.0

3. Stary Michał Anioł i Pieta Rondanini

„Nie dźwigniesz Matko swego Syna; Ja nie oddzielę Go od skały” to pierwsze słowa piosenki Jacka Kaczmarskiego o tym samym tytule co nasz punkt trzeci. Moim zdaniem utwór ten idealnie oddaje uczucia z jakimi zmagał się pod koniec życia Michał Anioł.
Rozpoczęcie prac nad kolejną Pietą zbiegło się bowiem w czasie z kontrreformacją, która miała ogromny wpływ na artystę. Świat ponownie zwracał się ku gorliwej wierze, a gnębiony dodatkowo własnymi, niewesołymi przemyśleniami Michał Anioł zauważył, że całe swoje życie tworzył w klasycznym stylu. Czyli w sumie takim mało religijnym. Być może właśnie dlatego zdecydował się na tak nietypową formę Piety: przypomnijcie sobie, że przecież zwykle Matka Boska opłakuje syna na siedząco, trzymając jego ciało na kolanach, a przy Piecie Rondanini mamy do czynienia z dwoma stojącymi postaciami. I to niezbyt dumnie przedstawionymi: już na tym etapie pracy widać, że ich sylwetki są wątłe i marne, a dodatkowo Jezus pozbawiony jest jakiejkolwiek szaty. Jest nagi, umęczony i bezwładny.
Wielu badaczy w ogóle wysnuwa teorię, że w zasadzie nic nie wskazuje jednoznacznie na to, że Chrystusa przytrzymuje Maria – równie dobrze może być to mężczyzna np. jakiś anioł lub nawet sam Bóg.
Michał Anioł tworzył Pietę przez wiele lat, jednak nie siedział nad nią ciągle: w zasadzie co jakiś czas zawieszał pracę, zmieniał koncepcję, lecz nigdy nie zdołał jej ukończyć. Przez wiele lat po śmierci artysty, Pieta Rondanini nie była zbyt poważana – historycy sztuki uważali nawet, że nie ma co oglądać, ot napoczęty kawał marmuru. Dzisiaj niektórzy twierdzą, że nie można traktować owej Piety jako nieskończonej pracy, lecz jako dzieło w ciągłym procesie powstawania, gdzie widz poniekąd sam je tworzy, oglądając rzeźbę z różnych perspektyw. Także tego.
Wyjątkową aurę wokół Piety buduje dodatkowo jej obecna lokalizacja. Otóż od 2015 roku można ją podziwiać w mediolańskim Castello Sforzesco, a dokładnie w skrzydle zamku, w którym niegdyś mieścił się szpital polowy dla ciężko chorych żołnierzy, którzy czekali tutaj na śmierć. Miejsce związane zatem z cierpieniem wielu ludzi przemieniono na miejsce prezentacji dramatycznego przedstawienia opłakiwania śmierci Jezusa Chrystusa: moim zdaniem to całkiem udany pomysł. Dzięki temu niedokończone dzieło Michała Anioła zyskało piękną oprawę, zaś pamięć o żołnierzach została godnie upamiętniona.

fot. Sailko, CC BY 3.0